Rhode Island

poniedziałek, 18 luty 2008

W poprzedni weekend wybraliśmy się do stanu Rhode Island odwiedzić Karinę i Maćka. Karina chodziła z Dominiką do podstawówki, były przyjaciółkami i … z różnych powodów ostatni raz rozmawiały ze sobą jakieś 10 lat temu. I dosłownie trzy tygodnie temu zgadały się przez nasza-klasa.pl i z miejsca zostaliśmy zaproszeni do nich do Providence. Oczywiście było bardzo fajnie, śliczne wybrzeże etc.  (polecamy galerię).

Najlepiej zapamiętamy jednak usługi GreyHound (odpowiedni naszego PKSa), za które zapłaciliśmy $230. Zaczęło się śmiesznie, bo o godz. 9:00.00 odjechaliśmy (cofając się jakieś dwa metry), a o godz. 9:00.03 jakiś pan wyskoczył z bramki i chciał chyba z nami jechać. Nasz kierowca pozostał jednak nieugięty i przejechał następne 50 m. do wyjazu z dworca. Tam nikt go nie chciał wpuścić i staliśmy jakieś 10 minut… W tamtą stronę jechało się dość dobrze, choć standard GreyHound znacznie odbiega od “Chińczyków”.

Ciekawiej było z powrotem. Wsiedliśmy w Providence o 19.00. Na zewnątrz zamieć śnieżna, ale wszystko było w sumie bardzo w porządku do jakiejś 21.00, kiedy autobus się popsuł. Tak “in the middle of nowhere”, a dokładanie w miasteczku New London, które kiedyś może i było ważnym portem, ale czasy jego świetności zdecydowanie minęły. Kierowca oświadczył, że będziemy czekać na autobus zastępczy 4 godziny i żeby się jak najcieplej ubrać bo nie ma ogrzewania (a było tak koło -13C). Stwierdziliśmy więc, że ruszamy w teren. Po 10 minutach udało nam się znaleźć jeden jedyny otwarty bar, taki “dla lokalnych notabli”. Niestety nie mieli tam pożądanych napojów gorących typu kawa/herbata. Ale za to była “Stolichnaya”, która - co stwierdziliśmy empirycznie - miała właściwości rozgrzewające. Przez trzy godziny oglądaliśmy więc NBA, wchodziliśmy w bliższe interakcje z miejscowymi, i w ogóle było sympatycznie.

Drugi autobus przyjechał koło północy, do NYC dotaraliśmy koło 3 nad ranem. Niestety nasz autobus z NYC do DC odjechał o 1.30, a z rozkładu wynikało że następny jest o 6.00… Już zaczęliśmy że myśleć o obudzeniu Bużana (na dworcu nie było jakoś szczególnie fajnie), kiedy jakiś sympatyczny Afroamerykanin powiedział nam, że o 3.45 jest autobus do DC. W autobusie tuż koło nas usiadła starsza pani, która chyba miała szereg natręctw. To czesała swoją peruczkę, to szukała szalika, to jadła orzeszki, to nakładała sobie kremik, to piła fantę, to szukała czegoś w jednej torbie, to w drugiej. W zasadzie robiła wszystko poza najbardziej oczywistą czynnością jaką się zwykle robi o 4-5 nad ranem. O 8.00 byliśmy w DC, a dokładnie jakieś 5 mil przed dworcem. Niestety okazało się, że dojazd do DC o tej godzinie przebija nawet dojazd remontowaną Puławską. Ostatnie 5 mil jechaliśmy jakieś 90 min… W domu byliśmy o 10. Powrót do normalności nastąpił dopiero następnego dnia.   

Niespodzianka :)

sobota, 16 luty 2008

Rozpoczęliśmy kilkudniowe obchodzenie urodzin Dominiki. Relacja będzie uzupełniana wraz z rozwojem sytuacji. Początek był niezwykły. Dominika wraca z biblioteki, wchodzi do domu, idzie powiesić kurtkę…. A w szafie Ewelina i Bużan :) O ile jeszcze przyjazd Bużana z NYC nie jest czymś niezwykłym, to Ewelina przyjechała z Wawy w pełnej konspiracji. Dominika nawiązała do słynnych epizodów: krecik na rowerku, piramidka. Szkoda tylko że nie zrobiliśmy zdjęcia. Priceless.

Super Bowl

środa, 13 luty 2008

Kolejny fetysz amerykańskiej kultury. Niezwykłość tej niedzieli (3/02) można było odczuć w sklepach i barach. W tych pierwszych - mega dostawy chipsów, nachosów, pop-cornu, mrożonych pizz i piwa, dodatkowi sprzedawcy, większa liczba kupujących, w barach wszędzie happy hours, tłumy. Super Bowl po prostu wypada obejrzeć, nawet jeżeli się nie jest tym specjalnie zainteresowanym…

My oglądaliśmy Super Bowl w domu razem z Maćkiem (który kiedyś grał i nam wytłumaczył zasady - całkiem proste) i Klaudią. Impreza zaczęła się koło 19.00 i trwała do jakiejś 22.30. Większość z tego stanowiły reklamy piwa, chipsów, samochodów etc. - koszt spotu w przerwie reklamowej wynosi ponoć do $30 mln. No ale z drugiej strony oglądalność ponoć przekracza 80%, co oznacza dotarcie do jakiś 200 mln osób… W przerwie był występ jakiegoś zespołu country, ponoć bardzo znanego. 

Od strony sportowej nie było to jakieś niezwykłe przeżycie :). Pierwsze trzy kwarty (czyli dobre 2,5 godziny) były raczej nudne, Patriots (faworyci, niepokonani przez cały sezon i play-off) przeprowadzili dwie udane akcje, Giants jedną. Rozkręciło się dopiero po koniec czwartej. Na dwie minuty przed końcem Patriots wyszli na prowadzenie i wyglądało że jest po meczu. Ale wtedy Giants docisnęli i na minutę przed końcem po genialnym podaniu quarterbacka Eli Manninga Giants zrobili przyłożenie zdobywając tym samym 6 pkt.  I wtedy to już naprawdę było po meczu. Patriots się nie podnieśli, a Eli Manning, którego ojciec i starszy brat byli słynnymi futbolistami, również zdobył swoje miejsce w historii NFL.

Super Tuesday

wtorek, 5 luty 2008

Dzisiaj Super Wtorek. W mediach absolutne szaleństwo. Chyba nigdy wybory prezydenckie na etapie nominacji partyjnych nie budziły tylu emocji. Zwłaszcza wśród demokratów, gdzie programy Clinton i Obamy są w sumie dosyć podobne. Zasady wyborów nominatów są dosyć skomplikowane; jeżeli ktoś jest zainteresowany, to polecam http://www.cnn.com/ELECTION/2008/. Dzisiaj głosowania w kilkunastu stanach - w tym również w Nowym Jorku i Kalifornii, które wybierają najwięcej delegatów. Faworyci: u republikanów wciąż McCain, u demokratów jeszcze Clinton, choć w ostatnich dniach Obama zaczął ostro odrabiać.

Są pierwsze wyniki… W Zachodniej Virginii wygrał Mike Huckabee… nasi amerykańscy znajomi (sami demokraci z wyjątkiem Margaret która jest ‘republikanką z Ohio’) zacierają pewnie ręcę. Huckabee ma tak radykalne poglądy, że trudno sobie wyobrazić, żeby jako nominat republikanów miał szanse z jakimkolwiek kandydatem demokratów. Ale z drugiej strony, ma niesamowite “gadane”, chyba najlepsze ze wszystkich kandydatów. 

Są kolejne wyniki. Właśnie oglądamy CNN i trzeba powiedzieć, że wieczór wyborczy jest całkiem interesujący i zrobiony chyba fajniej niż w Polsce. U republikanów prowadzi McCaine, zaskoczeniem jest Huckabee (wygrał właśnie w Alabamie) w większości stanów przed Romneyem. U demokratów sytuacja nadal niepewna - Obama wygrał w większości stanów, ale za to Clinton w tych z większą ilością mieszkańców. Formuła przeliczenia wyników na ilości delegatów na konwencję jest dosyć skomplikowana, nie podejmuję się jej przedstawić :) 

Ostateczne wyniki: choć McCain jeszcze nominacji nie zdobył, to wygląda na to że jest to tylko kwestia czasu. U demokratów choć prowadzi Clinton, to jest coraz bardziej prawdopodobne, że kandydata wybiorą superdelegaci, którzy nie są związani żadnym głosem wyborców i mogą zrobić co im się podoba :) Ponieważ taka sytuacja zdaży się po raz pierwszy, to trudno powiedzieć jak to wszystko się skończy. Jedno jest pewne, wyborcy wpływu na to za dużego mieć nie będą :)

Po serii postów politycznych obiecujemy relację z niedzielnego Super Bowl. 

O demokracji w Ameryce…

piątek, 1 luty 2008

Nie zamierzam być drugim Tocqvillem. Ale samo przebywanie w Stanach wyzwala nowe pokłady energii w zakresie analizowania czym jest i jak działa demokracja. A także czym się różni od naszego polskiego ‘piekiełka’.

Na pytanie kiedy zaczęła się kampania wyborcza tak naprawdę odpowiedzieć się nie da. W przypadku Hillary, chyba w momencie kiedy została First Lady, a najpóźniej kiedy musiała się wyprowadzić z Whitehouse. Kampania polityczna jest tu zjawiskiem pernamentnym, które w pewnymi okresami przybiera trochę na intensywności. Część ludzi może i żyje tym jak plotkami ze świata celebrities, inni wydają się jednak trochę znudzeni.

I trochę trudno im się dziwić. O ile między ideologią republikańską i demokratyczną można jeszcze wskazać pewne różnice, to w przypadku ‘polityki stosowanej’, jest to znacznie większe wyzwanie. Wiele osób z którymi rozmawiamy wręcz twierdzi, że to kto wygra wybory jest w zasadzie mało istotne, każdy i tak robiłby dokładnie to samo. Dość zabawna konkluzja, zwłaszcza że osoby te mają swoje sympatie i zamierzają głosować. W całym tym biznesie chodzi jednak przede wszystkim o reelekcję, co oznacza konieczność przypodobania się lobbystom i sponsorom kampanii oraz wykonywania małoznaczących  ale efektywnych gestów wobec elektoratu. Ciekawą sprawą jest też, że zdecydowana większość naszych amerykańskich znajomych nie do końca wie jak wygląda ordynacja wyborcza - począwszy od walki o nominacje, na głosowaniu elektorskim skończywszy…

Od strony sympatii politycznych Stany są, oczywiście w pewnym uproszczeniu,  podzielone na dwie dosyć spolaryzowane części. Obydwa wybrzeża to zwolennicy demokratów, środek to elektorat republikański. Zresztą najlepiej jest wpisać na google graphic hasło “Jesusland” :) 

Na dzień dzisiejszy zdecydowanym faworytem do nominacji republikańskiej jest weteran kampanii prezydenckich senator McCain, zwłaszcza po tym jak poparcia udzielili mu Rudi i Arnie. Dużo ciekawiej wygląda walka o nominację wśród demokratów. Wygląda na to, że sen. Edwards który już się z kampanii wycofał, udzieli poparcia, podobnie jak to zrobił senior rodu Kennedych, Barackowi Obamie. Na razie jednak prowadzi Hilly, ale zobaczymy co się wydarzy w najbliższy (Super) Wtorek.  

Z cyklu “Amerykańskie śmiesznostki”

piątek, 25 styczeń 2008

W telewizji postanowili chyba nam zrobić prezent. Week with 007. Wszystko byłoby świetnie, gdyby nie to, że kolejne Bondy są puszczane codziennie od 9 do 13… Zrozumiałe, że prime-time jest zarezerwowany dla “ambitnych” reality show prezentujących jak wygląda real american life lub real american dream :), ale mogli by przynajmniej je powtarzać w późnym wieczorkiem, w nocy. Z dobrych wiadomości: możemy oglądać Australian Open, ze złych wiadomości: w niedzielę się już kończy.

Inną ciekawą rzeczą jest reklama srebrnych 1-dolarówek. Spoty w ogólnokrajowym kanale, 45 sekund, na zasadzie tele-zakupów zachęcają, żeby kupić unikalną srebrną 1-dolarówkę za $19,99. No bo że niby rosnące ceny złota, ceny srebra, zagrożenie kryzysem.  To jest dopiero interes! 

A poza tym to zaczęły się zajęcia, minęła połowa naszego american dream i zrobiło się zimno. No i jeszcze ważna sprawa: w piątek jest premiera nowego Rambo :)

O studiach w USA

poniedziałek, 21 styczeń 2008

Jeżeli ktoś ma jakieś wątpliwości, gdzie są najlepsze uniwersytety, to mogę zdecydowanie potwierdzić - są w USA i biją nasze w zasadzie we wszystkich aspektach. Jakie są tego przyczyny? Przede wszystkim najlepsze uniwersytety są prywatne i do tego bardzo drogie. Cztery lata w dobrym collegu (czyli coś jak nasze studia licencjackie, tylko że o profilu ogólnym) to jakieś $160.000 samego czesnego, do tego graduate school (studia magsiterskie: prawo $120.000, mba $80.000). Stypendia socjalne są, ale bardzo ograniczone - pomoc finansowa to przede wszystkim pożyczki studenckie, które potem trzeba spłacać. Ale absolwent dobrej graduate school może być w zasadzie pewien, że znajdzie dobrze płatną pracę i będzie mógł pożyczkę spłacić. Tak więc system działa - banki chcą pożyczać, bo ryzyko że absolwent Harvard Business School nie będzie w stanie spłacić kredytu jest nieduże, a studenci mają motywację do ostrej nauki - bo całkiem sporo za to wszystko płacą.

Od strony organizacyjnej wygląda to naprawdę rewelacyjnie. Warunki do studiowania na mojej uczelni (Georgetown Univeristy Law Center, czyli graduate school GU) są bardzo dobre. Dwie biblioteki z jednym z większych księgozbiorów prawniczych w USA, własne biurko z możliwością trzymania swoich książek, pełny dostęp do kilkuset baz danych, salki do nauki zbiorowej, czytelnia, w czasie sesji czynne 24 h., Centrum Sportowe (naprawdę duża siłownia, salki aerobicowe, basen, korty do racqetballa, pełnowymiarowe boisko do kosza) - dostępne bez żadnych ograniczeń i w ogóle nie udostępniane na zewnątrz); akademik połączony z innymi budynkami; tylko Caffeteria jest taka sobie… - niby jest tam normalne jedzenie, ale jakoś już go mam dość :).  Każdy dzień jest wypełniony różnymi wydarzeniami: pojedyncze wykłady znanyc osobistości, seminaria, konferencje, spotkania z pracodawcami, konkursy, eventy robione przez stowarzyszenia i koła naukowe, eventy sportowe - dosłownie od 10 do 18 cały czas coś się dzieje. I w większości są to rzeczy, w których przyjemnie jest wziąć udział.

Zajęcia - system trochę przypomina SGH, pewne zajęcia są obowiązkowe, ale zdecydowaną większość programu studiów można sobie ułożyć samemu. Studenci nie kierują się jedynym słusznym kryterium “łatwość zaliczenia”, ale aspektami merytorycznymi. Profesorowie z którymi miałem kontakt - rewelacyjni zarówno od strony intelektualnej jak i życiowej. Większość prowadzi jeden przedmiot w semestrze, są zawsze perfekcyjnie przygotowani do zajęć, nie zdarzyło się żeby się spóźnili albo odwołali zajęcia. Na zajęciach w zasadzie zawsze komplet - nawet nie trzeba sprawdzać listy (no ale ta świadomość że się za to zapłaciło…), choć zdarzają się też takie kursy gdzie profesor mówi wprost, że warunkiem zaliczenia jest 100% frekwencja - reguły gry są jasne. Niektórzy wymagający - na zajęcia z normatywnej teorii prawa przed każdymi zajęcami trzeba było przesłać 4-5 stronicowy tzw. ‘reaction paper’ z zakresu materiału zadanego do przeczytania. Profesorowie co do zasady pracują tylko na jednej uczelni i zarabiają rocznie około $100.000, co na warunki amerykańskie nie jest jakąś szokującą kwotą. W ramach umowy o pracę mają obowiązek poza prowadzeniem jednych zajęć semestralnie napisać artykuł lub książkę z podaniem afiliacji na Georgetown. No i są naprawdę dostępni - prof. Volokh od Law&Economics po prostu pracuje w gabinecie na uczelni i jest dostępny codziennie. 

Jeżeli chodzi o studentów to ich poziom naukowy trochę mnie rozczarował, ale w końcu Georgetown Law dla większości był uniwersytetem drugiego wyboru. Konkurencja między studentami - bardzo ostra (efekty oceniania według krzywej), coś takiego jak ściąganie w ogóle nieistnieje, jeden chłopak na law&economics prosił publicznie o notatki…, z zasłyszanych historii: przed sesją w niektórych książkach brakuje najważniejszych stron wyrwanych przez studentów, którzy chcą wyciąć konkurencję. Wszyscy korzystają z laptopów (w większości MacBooków ;) - absolutnie obowiązkowym element wizerunku lokalnych trendsetterów). Część owszem potrafi robić szybko notatki i to z tabelkami, wykresami i grafami (polecam one note), ale większość ostro trenuje podzielność uwagi: chat na gmailu, poczta, licytacja na ebayu, scrabble on-line (absolutny hit), jeden facio z Law&Economics to nawet regularnie przez cały semestr napinał w Warcrafta.      

Główny wniosek, to że bardzo fajnie to wszystko tu wymyślili. Najważniejsze to chyba to, że studia są w pełni zintegrowane z rynkiem pracy. System jest tak skonstruowany, że profesorowie się przykładają do swojej pracy, a studenci do nauki. No i przynosi to określone rezultaty.  

Hej, hej, tu NBA

czwartek, 17 styczeń 2008

W ostatnią sobotę byliśmy na meczu NBA, Washington Wizard vs. Boston Celtics. Wszystko to jest naprawdę nieźle wymyślone. Hala Verizon Center (Wizards, Capitals, Mystics, Georgetown i masa innych eventów) znajduje się w samym centrum DC, dosłownie przy stacji metra. Zaraz za wejściem jest sklep z klubowymi gadżetami (tradycyjnie można kupić w zasadzie wszystko, włącznie z meczówkami dla niemowlaków), a dalej szeroki wybór junkfoodów. My się skusiliśmy na Nachos Grande, których niezwykłość została uwieczniona na zdjęciu :).

Sama sala jest ogromna - 20.000 miejsc i do prawie pionowa. Nasze miejsca były dość wysoko - no ale to niestety wynika z prostego faktu, że te niżej są naprawdę drogie ($400 - $1000), a za nasze zapłaciliśmy łącznie $125… Ale w sumie wszystko widać, a w razie czego jest jeszcze telebim. Oprawa meczu jest w porządku (muzyczka, łapanie kamerą, cheerleaders, rozdawanie koszulek), choć jakby tam przyjechał nasz “sektor tańcząco-śpiewający”, to lokalni niewiedzieliby o co chodzi :). No i oczywiście wszyscy skandują ‘defence, defence’. No i może jeszcze buczenie w czasie rzutów osobistych Celtów - na telebimie pojawia się duży napis ‘BUUU’ i to naprawdę działa 

Sam mecz nie był jakiś rewelacyjny, bo obydwie drużyny grają raczej mocno w obronie, a Wizards do tego bez swojego najlepszego zawodnika. Wynik był jednak dość sensacyjny - Celtics przegrało, choć w połowie 4. kwarty prowadziło 10 pkt… Kevin Garnett zagrał tak jak zwykle: 24 pkt. 10 zbiórek, ale w sumie nie pokazał czegoś niesamowitego. Generalnie jest to jednak niesamowite przeżycie. Bez dwóch zdań.  

Tak w ogóle, to któraś z naszych telewizji zaczęłaby wreszcie transmitować mecze… My oglądamy zwykle dwa razy w tygodniu na TNT i ESPN. Najczęściej można obejrzeć mecze Phoenix, Dallas, Los Angeles Lakers, San Antonio, Houston, Chicago i Detroit. Najfajnieszy basket gra chyba Phoenix, a rozgrywanie w wykonaniu Steve’a Nasha jest po prostu niesamowite. Fajnie grają też Portland. Ale mistrzem pewnie znowu zostanie San Antonio :) No i pojawia się smutna refleksja - jak mieliśmy po 13-15 lat to goście tacy jak Shaq, Mourning czy Hill zaczynali grać. A dzisiaj mówi się o nich dziadki, staruszkowie… nawet Garnett czy Kidd powoli stają się weterenami.   

Zima w DC :)

poniedziałek, 7 styczeń 2008

pogoda.JPG

Niesamowity Sylwester w DC

piątek, 4 styczeń 2008

Przed Świętami zastanawialiśmy się nad koncepcją “Sylwester w NYC”. Ale nie bardzo było jak, sporo osób nam odradzało milionową imprezę na Times Square, więc zostaliśmy w DC. Zaczęło się od tego, że o godz. 18 obchodziliśmy Sylwestra “Warszawskiego” - fajerwerki przez webcam, telekonferencje, telefony, esemesy, życzenia… Zjedliśmy kolacyjkę, zrobiła się godzina 23.00 i pojechaliśmy z szampanem, Maćkiem i Klaudią pod Washington Monument (czyli nasz obelisk). Kolejność nieprzypadkowa - Maciek i Klaudia dostali od nas szampana, jednak go nie wzięli, ze względu na ”obowiązujące przepisy prawa” i “potencjalną możliwość konfliktu ze stróżami prawa, może nie postaci aresztu ale co najmniej grzywny”… 

W Centrum było tak trochę pustawo, żadnej publicznej imprezy. Pod naszym obelskiem zgromadziło się jakieś 100 osób. O godzinie 24.00 zaczęli krzyczeć hurra, otwierać szampany, składać sobie życzenia… i w zasadzie to była jedyna oznaka początku roku 2008. Żadnych fajerwerków w promieniu osiągalnym wzrokiem (a noc była bezchmurna), jedynie kłęby szarego dymu wydobywające się spod ‘obela’. Więc wróciliśmy do domu, upajając się niesamowitością sylwestrowych doznań.

Następnego dnia mogliśmy się tylko śmiać, czytają na gazeta.pl, że sześć godzin po Warszawie, fajerwerki rozbłysnęły nad Nowy Jorkiem i Waszyngtonem… ’Lokalni’ mówią, że brak fajerwerków jest kolejnym etapem wojny z terroryzmem, realizowanej jednak przede wszystkim kosztem normalnych ludzi, a zwłaszcza naiwnych tursytów którzy liczyli, że w tym ‘centrum świata’ coś musi się dziać.

I z ostatniej chwili. Namierzyliśmy polski sklep w Baltimore, czyli jakieś 45 min. kolejką od nas :) Tak więc planujemy się wybrać z plecakami i zrobić pożądne zapasy na 2. połowę zimy :)