piątek, 28 marzec 2008
Dawno się tu nie udzielaliśmy ponieważ Ja z Dominiką wojażowaliśmy do Nowego Jorku, a Dominik prowadził zbyt nudne życie doktoranta Georgetown, żeby cokolwiek tu ciekawego opisywać.
No więc wyruszyliśmy z Dominiką do NYC ze znanymi już tutaj wszystkim czytelnikom “chińczykami”. Cztery godzinki zleciało szybciutko i naszym oczom ukazało się chyba najbardziej znane miasto świata czyli Nowy Jork. Już od strony autostrady metropolia robi wrażenie. Masa wieżowców, wokół których krąży dużo śmigłowców. Na szczęście w okolicach południa Manhattan nie jest jeszcze tak bardzo zakorkowany więc z pomocą małych zwinnych łapek pana Kierowcy dotarliśmy na Chinatown.
Filią naszej amerykańskiej placówki miała być meta u znanego co poniektórym Bużana. Z tym że musieliśmy spotkać się z naszym kontaktem w ciągu 45 min od zrzutu w żółtej dzielnicy. Tak więc szybciutko do metra…. i tu największa niespodzianka! Metra nie ma! Nie znaczy to że wogóle, ale w Nowym Jorku wejścia są tak zakamuflowane i kiepsko oznaczone, że tylko miejscowi są w stanie je odnaleźć. Najśmieszniejsze jest to, że w sercu Manhattanu nikt nie mówił po angielsku, żeby można było spytać o drogę. Na szczęście Główny Zwiadowca vel Kierowniczka Wycieczki vel Sokole Oko wypatrzyła ukrytą stację. I tu dopiero zaczęły się schody. Rozkminienie sieci nowojorskiej kolejki wymaga umiejętności deszyfracji maszyny Enigma. W bólach jakoś nam to wyszło. Niestety jako warszawiacy przyzwyczajeni do obcowania z jedną tylko nitką nie spodziewaliśmy się, że istnieje coś takiego jak linia ekspresowa! I zamiast na 86 ulicy wylądowaliśmy na 125-tej. W samym środku czarnej dzielnicy! Jak najszybciej opracowaliśmy drogę ewakuacyjną i w końcu wylądowaliśmy u ww. Bużana na kwatrerze operacyjnej. Fajne lokum w świetnym miejscu tuż obok Central Parku. Wystrój, jak to określiliśmy z Dominiką, Babciastyle.
Porzuciliśmy ekwipunek i postanowiliśmy zaliczyć Empire State Building ze względu na piękne i tak niepowtarzalne okoliczności przyrody. Powiem, tak: Empire z ulicy wygląda na wysoki, ale z góry to wrażenie jest 3 razy większe! Napstrykaliśmy kilkanaście fotek i na dół, odwiedzić okoliczne sklepy na 5th Ave. Zapaleni shoppingowcy
mieliby tu niezłe branie. Potem szybki strzał do Central Parku i na kwaterę.
Następny dzień operacyjny to kolejne atrakcje NYC. Parę muzeów, w tym słynne MoMa, oraz Soho, Wallstreet i Ground Zero. Wrażenie zniszczeń dociera dopiero gdy stoi się w miejscu pamięci w tle widać ogromną dziurę w ziemi, a w krajobrazie miasta brakuje kilku budynków! W między czasie odwiedziliśmy sklep M’n'Ms gdzie można przepuścić całą kasę na gadżety z czekoladowymi cukierkami! Na deser zostawiliśmy sobie Brooklyn Bridge. Całość pokonaliśmy pieszo więc zebrało się tego z 15km.
Czwartkowy poranek przezipowaliśmy w Central Parku i również z małymi przygodami w metrze dotarliśmy do Chinatown na powrotny autokar do DC.
Teraz Dominice nie chce się wrzucić tylu zdjęć z NYC więc nie wiem kiedy będą:)
17 Komentarzy »
czwartek, 27 marzec 2008
Przed Świętami wyglądało to wszystko naprawdę nieźle. Masa świątecznych gadżetów, słodyczy, króliczków, kurczaczków i koszyczków… Nasz wypad do ‘polskiego sklepu’ w Baltimore nie przyniósł jakiś rewelacyjnych potraw wielkanocnych, no ale też specjanie nad tym nie rozpaczaliśmy. W Wielką Niedzielę poszliśmy do Ivany na Georgetown Law International Brunch (było reprezentowanych na oko 16 narodowości :), gdzie było bardzo sympatycznie. Kuchnia chorwacko-międzynarodowa wzbogacona o jajka faszerowane a’la Dominika. Wieczorkiem zaliczyliśmy z Mańkiem, Pistons vs. Wizards (najlepszy z meczy na których byłem). No i można powiedzieć, że to tyle świąt. W poniedziałek nie było Wielkiego Poniedziałku, tylko normalne zajęcia :(. We wtorek Dominika z Marcinem pojechali do NYC do Bużana - wczoraj mieli super pogodę, więc się zapowiada fajna galeria zdjęć z Empire State Building (jutro powinna już być).
A w ogóle to ludzie już wyjeżdzają. Stehpie wyjechała pod koniec lutego, Cyrill wraz z jego 30kg doktoratem (tak tak - po wydrukowaniu wszystkich materiałów wyszło aż tyle) wyjechał dzisiaj (na pożegnanie zaliczył 2/3 Lbs Bugera z ‘Never Frozen Beef’); Phillip jedzie za miesiąc - ale w wakacje mają wszyscy wpaść do Polski więc ich będziecie mogli poznać. Trochę inaczej wygląda sytuacja Yvesa, któremu na tyle się tu spodobało, że zamierza przedłużyć stypendium i zostać jeszcze pół roku.
4 Komentarzy »
niedziela, 23 marzec 2008
Dzisiejszy dzień przeznaczyliśmy na dbanie o naszą formę fizyczną. Tak więc po przedpołudniowym obijaniu się, po południu poszliśmy na uczelnianą siłownię. Ciężko to właściwie nazwać tylko siłownią, bo jest to cały kompleks sportowy z basenem i salą do koszykówki jeszcze. W sumie fajnie zorganizowane miejsce. Masa maszyn do ćwiczeń aerobowych, tak żeby amerykanie mieli gdzie palić swoje hamburgery i oczywiście wszystkie zajęte! Po wejściu na siłownię możnaby odnieść wrażenie że jest to najbardziej zdrowo żyjący naród świata. Wszyscy ciężko trenują i jeszcze mają do tego znakomite warunki.
Dominik z Dominiką przez cały czas okupowali coś pomiędzy stepperem a bieżnią. Obowiązkowo na wyposażeniu telewizorek i pilot do tego, brakuje tylko klimatyzacji i nawigacji. Ja tam nie gustuję w zabawkach dla dziewczynek więc po rozgrzewce zabrałem się za ciężary. Tak naprawdę to wszystko to samo co u nas tylko takie ładne, wypieszczone, no i dużo miejsca dookoła. Jakoś taka atmosfera mi nie podchodzi. Wolę jak jest ciasno, zgrzebnie i śmierdzi. Wtedy człowiek czuje że tyra a nie głaszcze się po nogach. Po godzince skończyliśmy i Dominik zabrał mnie do hali do koszykówki i racquetballa (taki squash czy coś w tym stylu). Fantastyczna ta sala. Mieści się na ostatnim piętrze budynku i jedna ze ścian przy boisku jest kompletnie przeszklona. Przez nią widać cały kampus uczelni.
Po siłowni poszliśmy na obiad do chińczyka. Knajpa wygląda jak znane wszystkim bary chińskie w Polsce ale żarcie jakie tam serwują spokojnie dorównuje najlepszym restauracjom u nas w kraju. Zresztą jak się okazuje ten “chińczyk” otrzymał wiele nagród za swoją kuchnię, Ceny bardzo umiarkowane, rzekłbym “barowe” i dzięki temu tym bardziej polecam to miejsce. Jak ktoś będzie w DC to należy odwiedzić China Express!
Teraz zmiękamy w domu oglądając final four NCAA a potem idziemy na piwko do jakiegoś zioma Dominików. Zdjęć nie ma, bo i tak nikt by nie chciał oglądać spoconego Dominika.
4 Komentarzy »
sobota, 22 marzec 2008
No to z małym spóźnieniem, opowiemy wam wczorajszą wyprawę nad Ocean Atlantycki. Z samego rańca na lotnisku imienia pewnego słynnego aktora - R.Reagana wypożyczyliśmy auto od gościa o ciekawym imieniu Israel (afroamerykanina ma się rozumieć). Niby oferował nam nawet 300M-kę ale żeby się za bardzo nie rzucać w oczy wzięliśmy sobie skromnego Focusika. Co najśmieszniejsze wypożyczenie samochodu trwa jakieś 3-5min! Startujemy…gdyby nie genialne urządzenie jakim jest GPS to za chińskiego boga nie wyjechalibyśmy nawet z lotniska. W obrębie aglomeracji miejskiej bez tego urządzenia nie radzimy się ruszać. Czyli ”don’t try this at home”!
Moglibyśmy tu opisywać amerykańskie drogi ale radzimy po prostu zajrzeć do zdjęć. Ani jedna z tych dróg to nie jest autostrada!!
Po trzech godzinach jazdy dotarliśmy do drogi, która prowadzi wzdłuż oceanu. Po obu stronach woda i plaża - z jednej ocean, z drugiej zatoka. Wszędzie masa parkingów, które w sezonie zapełniają się samochodami plażowiczów. A sama plaża?? W sumie to taka jak u nas nad Bałtykiem, taka większa piaskownica. Woda…o taka zimna!! (tutaj gest palcami). Dalej nawiedziliśmy Ocean City. Scenografia jak z filmu Szczęki. Łącznie z rekinem wbitym w budynek na deptaku. Miasteczko leży na końcu cypla. Za nim znajduje się wysepka z parkiem krajobrazowym a tam wydra, ryjówka, zając… Tak właściwie to tylko kucyka widzieliśmy:)
Po szybkim zwiedzaniu, mały shopping i powrót do domu. Dojechaliśmy wieczorkiem ale nadmiar tlenu w naszych organizmach spowodował, że padliśmy jak pies Pluto.
Z samego rana kierownik a właściwie kierowniczka wycieczki zarządziła wyjazd do Baltimore w celu zanabycia w drodze kupna produktów spożywczych z polskiego sklepu - czyli kaszana, golona i wóda…. Żartuję oczywiście. Potrzebowaliśmy produktów na Święta. Poza tym szybki obchód miasta, wizyta w marinie - z Dominikiem wybraliśmy sobie po fajnej łajbie. Dominika namawiała nas na wizytę w Hooters - barze, w którym obsługują kuso odziane “dobrze wyposażone” kelnerki w typie teutońskich dziewek. Z powodu rychłego odjazdu pociągu nie skorzystaliśmy, ale co się odwlecze to nie uciecze.
Właśnie wróciliśmy z Baltimore i zasiadamy do konsumowania zakupionych dóbr. Zdjęcia wrzucimy ASAP.
2 Komentarzy »
czwartek, 20 marzec 2008
Dzień pierwszy… No i jak zaczęło padać, to padało tak przez resztę dnia. Poznaliśmy różne rodzaje deszczu.
Muzeum Indian postanowiliśmy zostawić na jeszcze gorsze dni i zaatakowaliśmy do Space and Air Museum. Tłum ludzi, dziwnych, niezainteresowanych, dzieciaki, psy, McDonalds do tego, ale tak w ogóle to trzeba przyznać że muzeum zorganizowali fajnie. W ogóle to wszystkie muzea, które się zaczynają od National… są bezpłatne, ale i tak całą kasę można zostawić w sklepach z giftami dotyczącymi tematyki muzeum.
W całym gmachu można spędzić chyba cały dzień. Pod sufitem modele samolotów, rakiet, innych pojazdów kosmicznych i nie tylko. Najfajniejsze są sale, które pomagają zrozumieć zasady fizyki dotyczące kosmosu, zasad lotu itd. Wszystkiego można dotknąć, spróbować jak działa (Pozdrowienia dla Shazzy).Generalnie zachowywaliśmy się jak dzieci na szkolnej wycieczce. Rewelka!
W drodze powrotnej do domu zaliczyliśmy jakiś sklep co to Sypniewscy mówią, że jest tam wszystko….i tam w Dominikę wstąpił dzieciak na dziale z zabawkami. Żadnemu zwierzakowi, ludzikowi i innej zabawce nie przepuściła, i wszystko było “śliczne, słodkie, kochane”:) Co fakt to fakt że zabawki MEGA zajebiste i MEGA tanie. No a potem zaliczyliśmy standardzik: spożywczak, zakupy, preparowanie obiadu zakrapianego winkiem, a teraz znowu oglądamy meczyk NBA (niestety bez słynnych komentarzy redaktora Szaranowicza i Łabędzia).
Jutro z rana jedziemy nad ocean. Dorożkarzem będzie Dominik a ja z Dominiką będziemy uwieczniać tak piękne okoliczności przyrody, które wrzucimy na necik po powrocie.
3 Komentarzy »
środa, 19 marzec 2008
W związku z moim przyjazdem do tego imperialistycznego kraju postanowiłem przejąć władzę nad blogiem D&D. I przez najbliższe dwa tygodnie śpiewał będę ja, czyli Jarząbek Wacław, trener drugiej klasy. A więc do rzeczy.
Podróż rozpocząłem na naszym Okęciu, nawet z nowego terminalu, szczęśliwie oddanego w bólach w ostatnim możliwym terminie. Nowa część lotniska fajna, wygląda całkiem europejsko.
No i rozpocząłem lot na miotle niczym Harry Potter, czyli wystartowaliśmy mikroskopijnym samolocikiem brazylijskiej marki Embraer. Po dwóch godzinach mym oczom ukazał się kraj gdzie świstak siedzi i zawija w sreberka. I tak kurrrcze zawijał, że mało się nie spóźniłem na samolot do Waszyngtonu. Wszystko przez jakąś cholerną kolejkę do okienka i brak informacji, że pasażerów do DC odprawia się zupełnie gdzieindziej. W rezultacie wpadłem do samolotu jako ostatni, zziajany jak pies pasażer.
Lot do Stolycy to już nuda, nic się nie dzieje, dialogi kiepskie i siedzisz na tyłku przez 8 i pół godziny. Ciasno strasznie, chyba że masz poniżej 160cm wzrostu albo stać cię na klasę biznes.
W Waszyngtonie to już całkiem fajna akcja. Po wyjściu z lotniska, do miasta zabiera cię autobusik, a na docelowej stacji czeka uśmiechnięta Dominika. Może bez biało-czerwonych goździków ale “misia” oferuje:) Dominik podobno pichci coś w tym czasie w domu. Ku naszemu przerażeniu w momencie gdy zbliżamy się do budynku zauważamy straż pożarną i karetki przed wejściem i już podejrzewamy że Słoń przypalił obiad a wraz z nim siebie i pół kamienicy. Na szczęście to fałszywy alarm.
Tym razem czeka mnie “misiek” z Dominikiem i zwiedzanie nowego lokalu:)
P.S.
Właśnie zaliczyliśmy wieczorne wyprowadzenie na spacer i zasiadamy do nba BOS-HOU. Tak więc póki co bez odbioru. Następna transmisja jak się tylko obudzę (a nie wiem kiedy to będzie bo mój jet-lag jeszcze nie przyszedł).
P.P.S.
Mogę więc zameldować “Maniek wylądował”.
6 Komentarzy »
sobota, 15 marzec 2008
Nasza amerykańska koleżanka, Margaret, zaprosiła na wczoraj na urodziny. Oczekiwaliśmy czegoś typu Fiesta Havana, ale po bliższej analizie zaproszenia okazało się, że dotyczy ono “happy hour” i że impreza zaczyna się o 6.15. Tutaj drobne wyjaśnienie - instytucja happy hour została wymyślona po to, żeby ludzie po pracy mogli cieszyć się tym że już “jest po” i mogli się przy tym napić drinka w promocyjnej cenie. Pierwotnie była to tylko godzina, z czasem przedłużana. No ale jak to się ma do imprezy urodzionowej…
Nie wiedząc jaki charakter ma mieć impreza, zakupiliśmy prezent i poszliśmy na Georgetown do wzmiankowanego klubu. Choć spóźniliśmy się jakieś 10 minut i pierwsze dwie osoby już były, to Margaret jeszcze niebyło. Przez kolejne 20 minut zeszło się jeszcze jakieś 10 osób, z czego żadna żadnej nie znała. Tak więc konwersacja była skupiona głównie na tym kto, kiedy i w jakich okolicznościach poznał Margaret… Drinki w promocyjnych cenach… Gospodyni pojawiła się 30 minut po godzinie zero. Życzenia, prezenty… kolejne drinki. Co ciekawe nie było żadnego elementu typu, organizator zamawia 5/10 litrów piwa i jakieś snacki. Po mniej więcej 90 minutach ludzie zaczęli się rozchodzić, zostawiając na stole pieniądze za swoje zamówienia. Tak zrobił każdy. Na koniec chłopak Margaret zebrał kasę, licząc dokładnie (co do dolara) jaki powinnien być napiwek od rachunku na $160. Dołożył od siebie $10. Zapłacił. I tym samym urodziny o godz. 20.00 zostały uroczyście zakończone
Swoją drogą to nieźle ekonomiczna metoda organizowania urodzin. Test analizów kosztów i przychodów wypada perfekcyjnie. Ale najlepsze jest to, że tutaj tak to po prostu chyba wygląda.
Brak komentarzy »
piątek, 14 marzec 2008
W niedzielę mieliśmy zmianę czasu… Tak jak w Polsce za ileś tam dni, o godzinie 2.00 przestawiliśmy zegareczki na 3.00. Akurat byliśmy w BOSSIE, ulubionym klubie Phillipa z zakumplowanymi Serbami na bramce. Wszystko było fajnie, ale zaraz po zmianie czasu, w klubie zapaliły się światła, a ochrona zaczęła wszystkich prosić o opuszczenie lokalu. Faktycznie, kluby w DC mogą być czynne tylko do 3.00; od tej zasady zostały zwolnione dwa lokale (nikt nie wie jakie są przyczyny), które są czynne do 5.00 (i zamykane równie restrykcyjnie).
Koniec imprezy jest zawsze nierozerwalnie związany z jedzeniem dużego slice’a pizzy. Nasze ulubione miejsce to Alberto’s Pizza na 18th st, może nie jest to pizza z radości, ale o 3 nad ranem nie robi to większej różnicy. Sama ulica 18th jest fenomenem. Na odcinku 300 m. po obydwu stronach są tylko lokale, w ciągu dnia knajpki a wieczorem kluby. Od 1 do jakiejś 3.30 nie daje się przejechać.
Brak komentarzy »
czwartek, 6 marzec 2008
Choć trener Stan van Gundy, zapowiedział że Marcina Gortata zobaczymy w meczu dopiero w następnym sezonie, to jednak debiucik nastąpił wcześniej. Rozpoczął dość skromnie 2 pkt i 1 zbiórka, w drugim meczu zagrał 17 sekund…, dzisiaj w meczu nr 3 mieliśmy go okazję obejrzeć. Trzeba przyznać, że facet sprawia sympatyczne wrażenie, przybija piątki z kumplami z teamu, z daleka świeci białą łysą głową. Łatwego zadania nie ma, bo jest drugim albo i trzecim zmiennikiem Dwighta Howarda aka Superman, który ma fenomenalny sezon i gra dużo minut. No i jak się ich porówna, to Gortat ma śmiesznie małe bicepsy i klatę jakby drobniejszą.
No ale dzisiaj grał i to nawet kilka minut. Grał bo Magic prowadzili z Wizards 34 pkt… Statystyki: 5 min, 4 pkt. i 2 zbiórki, 2/3 z pola, jeden faul (wymyślony przez sędziego), jeden przyjęty faul ofensywny… pierwsza akcja z początku wyglądała kiepsko, bo dostał dwa bloki, ale jakoś po tych blokach utrzymywał się przy piłce. I pół hakiem, niczym Kevin Willis :) , zdobył 2 pkt. Później Marcin postawił dwie dobre zasłony, w międzyczasie potknął się o nogi skrzydłowego Magic i zaliczył upadek (drugi licząc efektowną glebę po ‘ofensie). Ale na koniec pokazał, że Polacy potrafią grać w basket i zasadził alley-oopa (to chyba pierwszy polski dunk w historii NBA).
Obiecujemy śledzić postępy Gortata w NBA. W porównaniu z chłopakami z którymi rywalizuje o miano 1. zmiennika SuperDwighta wygląda nawet nieźle (choć trzeba przyznać, że rzuca się w oczy ze . Musi tylko zdobyć zaufanie trenera, jakby to ujął redaktor Sz.
Brak komentarzy »
czwartek, 28 luty 2008
Submission: Ewelina dobiegła końca. Bardzo było fajnie i sympatycznie. Intensywne 10 dni. Słowo ’shopping’ otrzymało całkowicie nowy wymiar :). Cieszymy się z mocnej złotówki i słabego dolara. Powstała również doktryna “1-2″, czyli do Stanów jedziemy z jedną walizką, a wracamy z dwoma. Poziom imprezowania osiągnął najwyższy poziom od czasu naszego przyjazdu. Czekamy na przyjazd Mańka i szykujemy się do Wielkanocy. Nasi Szwajcarzy są coraz bardziej entuzjastycznie nastawieni do Polski. Myślimy o jakiejś integracyjnej imprezie międzynarodowej
W piątek wyjeżdza Stephanie… wczoraj była impreza pożegnalna, tradycyjnie: Ben’s Chilli Bowl i jazz club Bohemians Cavern (tym razem bez żadnych ekcesów). Poznaliśmy sympatycznego facia, który choć pochodzi z Chin, to jest Ujgurem i do tego lokalnym patriotą. W ogóle to inni ludzie też się zaczynają rozjeżdzać, kilku już wyjechało, kilku wyjeżdza, pod koniec marca Cyril, pod koniec kwietnia Phillipe; pod koniec czerwca Ivana, tylko Yves - typ wiecznego studenta, przez trzy lata pracy tylko nad doktoratem napisał 20 stron :) - na tyle polubił DC, że zostaje do końca roku. A u nas mega-interesująco zapowiada się maj. Submission: 10 dni w Kaliforni, samochodem od San Franciso przez Los Angeles do Las Vegas.
Z sukcesów: ograłem Phillipa w raquetballa! Pierwszy raz po jakiś 20 meczach przegranych…, no ale on jest niedość że wysoki (192), naprawdę sprawny (co roczne szkolenia wojskowe, krav-maga), jego idolem jest Federer (ledwo przeżył porażkę z Djokoviciem na AO), to jeszcze ma pojęcie o tenisie i squashu. Ale to był mój mecz
Wchodziła mi niemal każda możliwa piłka. Normalnie gra się do 15, ale skończyło się na 21:19.
7 Komentarzy »