California vol. 4 - San Diego i Tijuana
poniedziałek, 19 maj 2008Z LA pojechalismy na południe, zachaczając pod drodze o małe zakupy w outlecie
San Diego jest ostatnim miastem przed granicą, w zasadzie można powiedzieć że jak się kończą przedmieścia San Diego, to już jest granica, a po drugiej stronie jest od razu 2-milionowa Tijuana (kiedyś - przed wojną, w okresie prohibicji w USA miasto kwitło jako jaskinia hazardu i strefa bez prohibicji, ale sądząc po tym jak to wygląda obecnie, to było już bardzo dawno temu ;). Jest to najcześciej przekraczane przejście granicze w Stanach. Przyczyn należy upatrywać w: niskich cenach Tequilli i Whisky, elastycznym prawie pozwalającym na sprzedawanie alkoholu 18-latkom (w US granica to 21), dostępności innych używek
i szerokiej ofercie branży erotycznej. To wszystko powoduje, że zblazowana kalifornijska młodzież na weekedowe melanże wpada do Tijuany
Inną sprawą jest niekończący się sznur ‘mrówek’, oczywiście do USA.
San Diego jest położone w podobny sposób jak SF, tylko że całe nabrzeże zatok i oceanu jest zagospodarowane. Z największych atrakcji jest Wodny Park z delifnami i orkami (niestety nie byliśmy), Park Dzikich Zwierząt z wolnobiegającymi nosorożcami i żyrafami (m.in.), wystylizowana na XIX w. śliczna starówka, gdzie dostaliśmy rewelacyjne mekyskańskie żarcie, zupełnie inne niż to serwowane w Polsce czy nawet w DC gdzie w końcu trochę ludzi z Meksyku jest. Do tego dochodzi ’Dystrykt Lamp Gazowych’, czyli takie nowsze centrum, sprawiające dosyć miłe wrażenie jako miejsce do knajpowania i spotykania się ze znajomymi. Nasz hotel był położony jakieś 1,5 km. od granicy - zjechaliśmy przedostatnim zjazdem z autostrady. W ogóle to wygląda śmiesznie, bo w pewnym momencie pojawiają się napisy typu: NO USA RETURN, LAST EXIT. I jak się ktoś zagapi, nie zjedzie w odpowiednim momencie lub skręci przez przypadek nie w tą drogę co trzeba, to może mieć problem… w pewnym miejscu nie ma już opcji żeby zawrócić. Trzeba przekroczyć granicę…
O Tijuanie można powiedzieć, że zdecydowanie nie jest to miejsce warte odwiedzenia, chyba że po prostu chce się pojechać na chwilę do Meksyku. W naszym przypadku takie właśnie były motywy :) Granicę przekroczyliśmy autobusem wiozącym na główną (i chyba jedyną rekomendowaną turystom) ulicę miasta. Co ciekawe z USA wyjeżdza się na zasadzie, że się nagle jest już w Meksyku. Kontrola działa tylko w jedną stronę, bo Meksykanie nie robią absolutnie żadnego problemu z wjazdem. Same miasto, aczkolwiek ograniczyliśmy się tylko do jednej ulicy jest dosyć brzydkie i kiczowate, człowiek czuje się trochę jak w Hurghadzie - wszędzie mają dokładnie takie same pamiątki, wszyscy sprzedawcy zapewniają że ich wyroby są oryginlane, że dostniemy very good price, że są happy hours etc. Znaleźliśmy sympatyczny mały barek położony tak trochę z boku, którego właściciel nie stał na ulicy i agitował tylko po prostu gadał z jednym z klientów. Oryginalne meksykańskie taco… bardzo fajne, ale knajpa w San Diego jest nie do pobicia. Wracając zrobiliśmy sobie za $5 zdjęcia z osiołkiem udającym zebrę - absolutna kwintesencja kiczu, z pewnością każdy zidentyfikuje o którym zdjęciu mowa
Po dwóch godzinach pobytu na ziemi meksykańskiej wróciliśmy do Stanów. Wpuścili nas bez problemu.