California vol. 4 - San Diego i Tijuana

poniedziałek, 19 maj 2008

Z LA pojechalismy na południe, zachaczając pod drodze o małe zakupy w outlecie :) San Diego jest ostatnim miastem przed granicą, w zasadzie można powiedzieć że jak się kończą przedmieścia San Diego, to już jest granica, a po drugiej stronie jest od razu 2-milionowa Tijuana (kiedyś - przed wojną, w okresie prohibicji w USA miasto kwitło jako jaskinia hazardu i strefa bez prohibicji, ale sądząc po tym jak to wygląda obecnie, to było już bardzo dawno temu ;). Jest to najcześciej przekraczane przejście granicze w Stanach. Przyczyn należy upatrywać w: niskich cenach Tequilli i Whisky, elastycznym prawie pozwalającym na sprzedawanie alkoholu 18-latkom (w US granica to 21), dostępności innych używek :) i szerokiej ofercie branży erotycznej. To wszystko powoduje, że zblazowana kalifornijska młodzież na weekedowe melanże wpada do Tijuany :) Inną sprawą jest niekończący się sznur ‘mrówek’, oczywiście do USA.  

San Diego jest położone w podobny sposób jak SF, tylko że całe nabrzeże zatok i oceanu jest zagospodarowane. Z największych atrakcji jest Wodny Park z delifnami i orkami (niestety nie byliśmy), Park Dzikich Zwierząt z wolnobiegającymi nosorożcami i żyrafami (m.in.), wystylizowana na XIX w. śliczna starówka, gdzie dostaliśmy rewelacyjne mekyskańskie żarcie, zupełnie inne niż to serwowane w Polsce czy nawet w DC gdzie w końcu trochę ludzi z Meksyku jest. Do tego dochodzi ’Dystrykt Lamp Gazowych’, czyli takie nowsze centrum, sprawiające dosyć miłe wrażenie jako miejsce do knajpowania i spotykania się ze znajomymi. Nasz hotel był położony jakieś 1,5 km. od granicy - zjechaliśmy przedostatnim zjazdem z autostrady. W ogóle to wygląda śmiesznie, bo w pewnym momencie pojawiają się napisy typu: NO USA RETURN, LAST EXIT. I jak się ktoś zagapi, nie zjedzie w odpowiednim momencie lub skręci przez przypadek nie w tą drogę co trzeba, to może mieć problem… w pewnym miejscu nie ma już opcji żeby zawrócić. Trzeba przekroczyć granicę…

O Tijuanie można powiedzieć, że zdecydowanie nie jest to miejsce warte odwiedzenia, chyba że po prostu chce się pojechać na chwilę do Meksyku. W naszym przypadku takie właśnie były motywy :) Granicę przekroczyliśmy autobusem wiozącym na główną (i chyba jedyną rekomendowaną turystom) ulicę miasta. Co ciekawe z USA wyjeżdza się na zasadzie, że się nagle jest już w Meksyku. Kontrola działa tylko w jedną stronę, bo Meksykanie nie robią absolutnie żadnego problemu z wjazdem. Same miasto, aczkolwiek ograniczyliśmy się tylko do jednej ulicy jest dosyć brzydkie i kiczowate, człowiek czuje się trochę jak w Hurghadzie - wszędzie mają dokładnie takie same pamiątki, wszyscy sprzedawcy zapewniają że ich wyroby są oryginlane, że dostniemy very good price, że są happy hours etc. Znaleźliśmy sympatyczny mały barek położony tak trochę z boku, którego właściciel nie stał na ulicy i agitował tylko po prostu gadał z jednym z klientów. Oryginalne meksykańskie taco… bardzo fajne, ale knajpa w San Diego jest nie do pobicia. Wracając zrobiliśmy sobie za $5 zdjęcia z osiołkiem udającym zebrę - absolutna kwintesencja kiczu, z pewnością każdy zidentyfikuje o którym zdjęciu mowa :) Po dwóch godzinach pobytu na ziemi meksykańskiej wróciliśmy do Stanów. Wpuścili nas bez problemu.      

California vol. 3 - Los Angeles i okolice

niedziela, 18 maj 2008

Los Angeles nie jest jakimś miejscem szczegónie fajnym. Aglomeracja jest ogromna, wszędzie makabryczne ilości samochodów, korki tworzące się nawet na autostradzie za której doliczyliśmy się 11 pasów, do tego jeszcze smog i tak naprawdę brak jakiś ciekawszy miejsc do zobaczenia. Zupełnie inaczej wygląda natomiast sprawa okolic - zarówno nad LA jak i pod LA jest całkiem fajnie.

Z SF do LA jedzie się legendarną Highway 1, drogą w większości położona jest dosłownie nad skalisto-klifowym brzegiem oceanu. My dojechaliśmy z Yosemite do Monterey. Monterey - sympatyczne małe miasteczko z malowniczym położeniem, niestety bez dobrego dojścia do oceanu, ale za to chyba mało oblegane przez turystów. Pola golfowe, małe knajpki, domki i domeczki - ludzie się tam urządzili naprawdę wygodnie i powadzą życie poczciwe i beztroskie. Po drodze hgwy 1 zatrzymaliśmy się w kilku miejscowościach i przy punktach widokowych. Niestety nie udało nam się zwiedzić Hearst Castle, słynnego zamku ze 120 czy 140 pokojami.

Im bliżej LA tym coraz bardziej znane miejscowości i atmosfera coraz większego luksusu, bogactwa, coraz większe mariny, no i coraz więcej turystów… Santa Barbara, Ventura, Malibu i na koniec Santa Monica, czyli w zasadzie już przedmieścia LA. W Malibu pas domków położonych bezpośrednio na plaży, położonych na tyle gęsto że plażę można nazwać w zasadzie prywatną. Na szczęście było też jeden punkt z dostępem publicznym. Santa Monica - to już typowe kurortowe miasteczko z najstarszym molo, z promenadką wypłenioną sklepami i infrastrukturą turystyczną, oczywiście z fishermans wharf :). Niesamowita plaża z budkami jak z Bay Watch.  

W samym LA głównie jeżdziliśmy samochodem, wieczorem przejechaliśmy się Mulholland Dr zobaczyć widok na oświetlone nocą miasto. Oczywiście wszędzie zakazy zatrzymywania, więc jak już znaleźliśmy miejsce i się zatrzymaliśmy to zaraz przyjechał radiowóz… Już myśleliśmy że będzie płacony mandat, ale się okazało że to tylko lokalna ochrona, która wyprasza wszystkich intruzów takich jak my (zresztą razem z nami był jeszcze inny samochód z turystami). Następnego dnia pojechaliśmy do Hollywood, spacerek po Hollywood Boulvard (naprawdę nic szczególnego), poszukiwania gwiazd największych gwiazd. Później jeszcze przejechaliśmy się po Beverly Hills. To robi wrażenie - idylliczna enklawa absolutnego luksusu: domy, samochody, palmy - wszystko tworzące obraz idealny. Na ulicach jednak pusto, kilka osób na joggingu i to w zasadzie tyle, osoby z biedniejszych (czyt. wszystkich innych dzielnic) chyba się tam nawet nie zapuszczają, a jak już im się zdarzy to lokalna ochrona jest na miejscu :). Cen nieruchomości nawet chyba nie ma co sprawdzać. Na zakończenie LA chcieliśmy jeszcze przejechać Rodeo Drive… Niestety w napierw GPS wyprowadził nas na Rodeo Road, gdzie raczej gwiazdy się nie zapuszczają… Natomiast Rodeo Drive to miejsce stworzone do zakupów, zapewne na tyle drogich żeby ilość potencjalnych kupujących nie była zbyt duża i żeby proces kupowania upływał miło i przyjemnie… Dalej pojechaliśmy na południe. Pod LA kolejno jest Long Beach, Huntington i Newport. Każde z tych miejsc zostało pomyślone pod kątem bogatych ludzi, tak żeby im się żyło spokojnie i wygodnie, i zeby mogli bez większych problemów oddać się spokojnej konsumpcji. Piękne szerokie piaszczyste plaże, zwłasza w Huntington gdzie się zatrzymaliśmy i było kąpane w Pacyfiku (w zasadzie powinniśmy tu zastosować liczbę pojedynczą :) Ciekawą sprawą była plaża dla psów, która mogłaby spokojnie stanowić konkurencję dla kadru z załatwiającymi się psami z “Dnia Świra”.  

California vol. 2 - Parki narodowe

piątek, 16 maj 2008

Parki narodowe zazwyczaj się kojarzą z najbardziej znanym Yellowstone, który niestety był trochę daleko od naszej trasy albo z misiem Yogi, który w parku Jellystone polował na kosze piknikowe turystów. W Stanach parków jest chyba koło 350… Na naszej trasie znalazły się trzy: Muir Woods położone tuż nad SF 15 mil za Golden Gate, położone w górach skalistych Yosemite National Park i pustynne Mojave Desert. Niestety czas nam niepozwolił na zjechanie z trasy do Death Valley i Grand Canyon :(

Muir Woods jest słynne ze względu na ogromne sekwoje, może nie aż tak wielkie jak w Sequoia National Park, gdzie w jednym z drzew zrobiono tunel dla samochodów, a inne urosło na 115 m., ale też całkiem spore. W Muir Woods jest kilka tras spacerowych, z których część jest przygotowana również dla niepełnosprawnych. My się wybraliśmy na 5-6 milową pętlę, w trakcie oczywiście weszliśmy na zamkniętą trasę, ale było sympatycznie, no i drzewa robiły niesamowite wrażenie. W ogóle ten rejon - na północ od SF jest wymarzony dla osób które lubią pochodzić go górzystych lasach i małych górkach, no i przede wszystkim dla rowerzystów, dla których jest wytyczonych ponad 300 mil tras i szlaków.

Największe wrażenie robi jednak Yosemite National Park, a właściwie jego część Yosemite Valley, położone jakieś 2-3 godziny jazdy samochodem od SF. Yosemite Valley to dolina z rzeźbą geologiczną ukształtowaną przez lodowiec. Wokół znajdują się góry do 4000 m., setki wodospadów, jeziora górskie. Wszystko jest zachowane w bardzo naturalnym i w zasadzie ninaruszonym stanie. Do Yosemite należy przyjechać chyba jednak w lecie, kiedy wszystkie szlaki są już otwarte. Nas ominęło m.in. przejazd górską drogą przez park, która nadal była zamknięta ze względu na śnieg i wejście na szczt Half Dome (2693m.), ale i tak było bosko. My najpierw poszliśmy po Yosemite Lower Fall, później do górskiego jeziora Mirror Lake (widoki niesamowite), później ścieżką Misty Trail (ze względu na wodę/bryzę z wodospadu, która w ciągu 10 minut zmoczyła nas totalnie. Niektórzy z resztą mieli na sobie sztormiaki i na początku jak nas mijali, to się z nich trochę podśmiewaliśmy, że niby o co im chodzi. Po paru minutach przekonaliśmy się dokładnie, że to pewnie oni sobie z nas żartowali, że idą tacy bez odpowiedniego stroju :):) ) pod wodospad Vernall Fall i wróciliśmy John Muir Trail. Na koniec już samochodem wjechaliśmy na Glacier Point (2100 m., czerwona droga od dołu mapy) z widokiem na całą dolinę. Wszystko to było po prostu cudowne - mam nadzieję, że operator Dominika wrzuci dzisiaj zdjęcia. Jak ktoś chce to wszystko zobrazować sobie na mapie, to polecamy niezastąpioną Wikipedię :) http://en.wikipedia.org/wiki/Image:Map_Yosemite_Valley.png. W Yosemite można spotkać dużo różnych bardzo rzadkich zwierząt i roślin. W mniej dostępnych częściach parku są to naprzykład lwy górskie i kuguary, tam gdzie byliśmy ponoć stosunkowo łatwo jest spotkać niedźwiedzie czarne (grizzlies tam nie ma). Na tyle łatwo, że na kampingach są nawet specjalne pojemniki do przechowywania żywności. Strażnicy wręcz przestrzegają, że jak się na noc zostawi jedzenie w samochodzie, to misie wszystko wyczują i samochód rano będzie zdemolowany :)

Jak już jechaliśmy z południa do Las Vegas, to po drodze można zjechać do Mojave Desert i przejechać jakieś 60 mil po zupełnie innym krajobrazie. Trochę stepów, trochę gór, trochę pustyń, drzewka Joshuy… zobaczycie na zdjęciach. Co ciekawe najbardziej popularnym zwierzakiem na Mojave Desert są żółwie, kruki i… mojave rattlesnakes. Aczkolwiek żadnego nie spotkaliśmy (choć Dominika podejrzewa że jeden ze spotkanych kruków właśnie takowego upolował i przeleciał z nim nad naszym samochodem… i co by było gdyby nam wpadł przez szyberdach… - tutaj małe wtrącenie, nie podejrzewam, tylko to BYŁ naprawdę WĄŻ, widziałam wyraźnie!!!! ), to chyba wszyscy już rozumieją dlaczego nie zrobiliśmy jakiegoś małego hikingu :)

Podsumowując: amerykańska przyroda robi wrażenie, w samej Californii/Nevadzie/Arizonie można spędzić dobry miesiąc jeżdząc od parku do parku. Choć bilety do każdego z osobna kosztują od $10 do $25, to można od razu kupić pass do wszystkich za $50. Wszystko jest świetnie zorganizowane i naprawdę warte zobaczenia.   

California vol. 1 - San Francisco

czwartek, 15 maj 2008

Wróciliśmy… Ponieważ naprawdę jest o czym pisać, to relacja będzie miała charakter wsteczny i wybiórczy. Zaczęło się od tego, że nam nie zgubili bagażu w Charlotte i dotarliśmy do SF bez żadnych problemów. Hotel Grant Inn w samym środku Chinatown, choć może trochę staromodny był idealnym wyborem - wszędzie blisko. SF ma niesamowite położenie geograficzne - miasto leży na wzgórzach, co powoduje że ulice są dość strome (pamiętacie serial ulice San Francisco z Michaelem Douglasem?), do tego leży nad zatoką oddzieloną od Pacyfiku - aka ocean pacyficzny ;) - górami co powoduje, że bardzo często nad miastem jest mgła. Od razu rzuca się w oczy, że zamiast licznej społeczności afroamerykańskiej jest jeszcze liczniejsza populacja ludzi z dalekiego wschodu.    

Zwiedzanie zaczęliśmy od spacerku po centrum i kupienia jednodniowego biletu na wszystkie tramwaje i autobusy. Jedną z największych atrakcji SF jest jeżdzenie zabytkowym tramwajem, a główna frajda jest związana z tym że się podjeżdza i zjeżdza z dość stromych górek, stojąc na bocznym progu i trzymając się poręczy. Objechaliśmy wszystkie trzy trasy :) Z tramwaju przeszliśmy do słynnego Fisherman Wharf (później się okazało, że w każdym mieście na wybrzeżu jest tego typu miejscówka, choć ta w SF bekonkurencyjna; rybaków jednak nie odnotowaliśmy) na równie słynny Pier 39. Pier 39 to kombinacja knajpek, barów, restuaracji, sklepów i skepików ze wszystkim uzupełnionych o bardzo charakterystyczny pomost na którym wylegiwują się w słońcu lwy morskie, którym turyści robią zdjęcia (tradycyjnie zwraca uwagę duża ilość turystów z Kraju Kwitnącej Wiśni :). Wycieczka statkiem po San Francisco Bay: wzdłuż nabrzeża, za Golden Gate (robi niesamowite wrażenie, zwłaszcza z wody) i dookoła wyspy Alcatraz (the Rock) daje możliwość zobaczenia całego miasta z wody i była całkiem przyjemnym punktem programu. Po zaliczeniu statku i pier 39 dobrych kilka mil chodzenia po mieście uwzględniając podejście na Telegraf Hill, wejście Lombard Street (stromo i kręto), zjazd tramwajem na nabrzeże, kolejną milę (Fort Mason), autobus do Golden Gate (Fort Point) a następnie nad Pacyfik (Great Hgwy). Kąpania nie było - za zimno i za wietrznie. Później jeszcze ogród japński, Golden Gate Park, kolejnych kilka mil, znowu trawmaj, znowu nabrzeże, trawaj w rejon Chinatown, do hotelu przebrać się. Na koniec spacerek po Chinatown, Little Italy i kolacja we włoskiej knajpce.

W SF można się zakochać, sprawia wrażenie idelanego miejsca do takiego codziennego życia, dużo zielonej przestrzeni, ścieżka rowerowa, blisko w góry, blisko nad ocean, przyjemny umiarkowany klimat, sporo knajpek i klubów…

Dla chętnych - możecie śledzić nasze wędrówki po mapie :) http://maps.google.com/maps?ie=UTF8&lr=lang_en%7Clang_pl&hl=pl&ll=37.785775,-122.444859&spn=0.061456,0.159988&z=13 Najlepiej jest zrobić zoom na Chinatown/North Beach (tam jest większość miejsc które się ogląda) + Golden Gate Park 

Mission: California

poniedziałek, 12 maj 2008

Nie można powiedzieć, że się zwiedziło Stany bez wycieczki do Californii… Tutaj dopiero można zobaczyć jak sympatycznie i wygodnie można sobie ułożyć życie. San Francisco, Yosemite, Highway 1 i Los Angeles już za nami, San Diego i Las Vegas jeszcze przed. Aktualnie jesteśmy na południe od San Diego, dosłownie 2 km od granicy z Meksykiem i wybieramy się na kilka godzin do Tijuany.

W czwartek wrócimy i na pewno będzie co czytać i oglądać.

majówka w dc

poniedziałek, 5 maj 2008

Opowieści o polskiej majówce, przybierającej w skrajnej formie 10 dni, zjawisku nieznanym w krajach gospodarki wolnorynkowej, cieszą się zawsze zainteresowaniem. W Ameryce ‘urlop’ jako regulacja prawa pracy nie istnieje - z prostej przyczyny, to nie ma czegoś takiego jak prawo pracy. ’Urlop’ to bardzie wyraz dogadania się między szefami a pracownikami, dla poczatkujących 10 dni, później 14, później tak do 20… Nie ma jednak opcji, żeby podejść do sprawy na zasadzie “należy mi się”. Do tego dochodzą różnego rodzaju święta narodowe, gdzie cały sektor publiczny nie pracuje, no i większości prywatnego też mają wolne. Niektóre święta są ściśle związane z rocznicą (np. 4 lipca), inne są ustalane bardziej pragmatycznie - np. 2. poniedziałek w listopadzie, czy 3. piątek w marcu etc. Dość popularnym rozwiązaniem jest zrobienie sobie rocznej przerwy… (np. nasza znajoma Polly (lat. 47) po kilku latach ostrego robienia w korporacji, ostatnie 8 miesięcy spędziła z mężem w Argentynie i bardzo to sobie chwali). Tak więc nasz długi weekend, zwłaszcza w wersji majówka + poprawiny w Boże Ciało, brzmi tu niemal jak science-fiction.

My też mamy majówkę. Trochę w innym terminie, ale za to szykuje się naprawdę nieźle. Jutro (tj. poniedziałek) wskakujemy w samolot i o 17.00 jesteśmy w San Francisco. Wracamy za 15 maja.  

Kolejne newsy

poniedziałek, 28 kwiecień 2008

W czwartek byłem z Lenem (śmieszny gość, amerykanin pochodzenia chilijskiego, kumel z rotary) na meczu Wizards - Cavaliers. Przed meczem poszliśmy do hooters - bardzo sympatyczne miejsce z równie sympatycznymi kelnerkami - gdzie Len ogarnął 20 kawałków buffalo wings… Mecz odbywał sie pod hasłem white-out, co oznaczało że wszyscy mieli być ubrani na biało :). No w większości byli, ale na wszelki wypadek każda osoba dostawała biały t-shirt wizards i biały ręcznik do machania. Verizon Center szczelnie wypełnione, ponad 20.000 osób - w Europie to chyba nawet nie ma takiej hali. Wizards po dwóch meczach przegranych grali naprawdę świetnie, a Cavaliers wręcz przeciwnie, notując najwyższą porażkę w historii grania w playoffs. Oprawa meczu robiła wrażenie (wstawimy filmiki), no i kibice też dobrze dawali. Akurat siedzieliśmy w rejonie aktywnego kibicowania wspomaganego sporą ilością piwa, na tyle sporą, że w 4 kwarcie dał się zauważyć efekt zmęczenia materii :) Kibicowanie w USA polega przede wszystkim na: buczeniu przy każdym kontakcie LeBrona z piłką (aż do oddania innemu zawodnikowi), buczeniu w trakcie rzucania osobistych przez przeciwnika, krzyczeniu “defence” (żadnych bardziej skomplikowanych haseł, no może poza spontanicznym “Cleveland sucks”) i entuzjastycznym wydawaniu dźwięków zadowolenia po każdym trafionym koszu. Nasza grupa wesołków uzupełniała to o komentarze o różnym stopniu nasilenia wulgarności i żartów (np. do zawodnika Cavs’ - Westa: “West, go west…, or better midwest” albo “Szczerbiak, they’ve fuc… you in your fuc… white ass”). Ale w ogóle to niesamowite doświadczenie. Szkoda tylko, że Wizards najprawdopodobniej zakończą swój występ w playoffs w pierwszej rundzie.

A z innych nowinek: Gortat wystąpił w playoffs! był na boisku może z dwie minuty i zdążył zaliczyć stratę, poza tym jak zwykle był bardzo zaangażowany emocjonalnie w grę całego zespołu :). Wszystkie mecze jak na razie przebiegają dość standardowo, z wyjątkiem 76-ers, które na razie remisuje z Detroit 2:2 . No i jeszcze Phoenix wreszcie wygrało z San Antonio… Choć niestety bardziej wygląda to na odroczenie egzekucji.

A z nowości. Jutro wyjeżdza Phillip, tak więc liczba dobrych znajomych zbliża się do wartości zerowej (jeszcze został Yves). Na zakończenie była impreza - z polskimi akcentami rzecz jasna :). W Polsce majówka - a my już za tydzień ruszamy do Califronii.

Siatkówka w DC

środa, 23 kwiecień 2008

Aktywnie uczestniczyliśmy w turnieju siatkówki. W sumie to śmiesznie, bo tutaj większość ludzi nie do końca jak się gra w siatkówkę o znajomości zasad w ogóle już nie mówiąc. No ale przy ich ogólnym poziomie sprawności i skoczności, to większego problemy nie stanowi. W “sezonie zasadniczym” drużyna Dominki, w której na poziomie grała Dominka i jeszcze jedna zawodniczka, wygrała wszystko. W jednym meczu poziom szczęścia był niesamowity - wygrali z teamem który naprawdę grał fajnie i naprawdę miał pecha. Moja drużyna (w sumie trzy osoby potrafiące nieźle grać, ale niestety najwyższa 170 cm…) z kolei w “sezonie zasadniczym” przegrała wszystko, w większości meczów nawet grając przyzwoicie. Na szczęście przyszła mobilizacja i w “barażu” wywalczyliśmy awans do play-offs. A tam czekała na nas drużyna Dominiki… tylko że bez Dominiki (grypa żołądkowa - ale już jest wszystko ok). Mój team zagrał najlepszy mecz całego turnieju i awansował do Final-Four. Skończyło się na miejscach 3-4… dzisiaj walczyliśmy jak lwy i graliśmy naprawdę bardzo dobrze, ale przeciwnik nas trochę rozstrzelał - sześciu chłopaków z teamu który wygrał turniej w kosza…. każdy od 185 cm do 195 cm i do tego winda w nogach. Co z tego że w siatkę dobrze grało tylko dwóch. No ale walczyliśmy i trochę im stracha napędziliśmy (22:25 i 20:25).

Nowości z NBA: 1. runda w zasadzie się skończyła. W 94% drużyna która prowadziła 2:0 awansowała do 2. rundy. Tak więc Washington, Houston, Phoenix, Dallas, Toronto prawie odpadły. Denver i Atlanta chyba też nie mają za dużych szans. Ciekawie się zapowiadają mecze Detroit z Philadelphią. Co do finału marzeń, to zastanawiam się tylko czy na Zachodzie nie wygrają Hornets. Bo grają bardzo bardzo fajnie, a Chris Paul jest nowym królem rozgrywania. A w czwartek idę zobaczyć LeBrona w akcji :)     

Na manifestacji…

niedziela, 20 kwiecień 2008

Niestety nie wzieliśmy dzisiaj aparatu. No ale też nie wskazywało, że w trakcie naszego spaceru na National Mall przez serce D.C. napotkamy manifestację nazistów. Unikalna kombniacja członków Narodowej Partii Socjalistycznej i (ponoć) Ku Klux Klanu w liczbie 50 szt., flagi ze swastykami, czarne koszule, wygolone głowy (+ jeden ekscentryczny przedstawiciel ruchu narodowego z dredami) w asyście policyjnej, przy proporcji niej więcej 5 policjantów na jednego demonstrującego. Na koniach, na motorach, w samochodach, niektórzy z buta… Wzdłuż manifestacji około setki różnych raczej młodych przedstawicieli środowisk antyfaszystkowskich (niesamowity mix: od młodzieńców 12-13 letnich, poprzez dzieweczki w bawełnianych sukienkach śpiewających o miłości, skaterów, artystów, alterglobalistów, na prawdziwych weterenach ruchu pacyfistycznego z lat 70tych kończąc) wznoszących oryginalne okrzyki typu “death for nazis” albo “fuc… fascicsts”. Na całej demontracji najwięcej było jednak ani nie nazistów, ani antynazistów, ani nawet policjantów, lecz turystów i zwykłych przechodniów, którzy zaciekawieni zbierającym się tłumem policji kompletnie nie wiedzieli co się będzie działo (w tłumie pojawiały się różne pomysły: od przejazdu George’a W. Busha, poprzez przejazd Benedykta którego już nie w D.C, paradę czegoś tam). Ale w ogóle było fajnie, porzucaliśmy sobie frisby, na Mallu atmosfera piknikowa, później godzinka na gymie, do domciu, znajomi zaraz wpadną…

Z nowinek: Marcin Gortat stał się pierwszym polskim koszykarze, który zanotował double-double (12 pkt./10 zb.). Sezon zasadniczy się skończył, teraz playoffs. Obstawiamy finał jak za dobry bardzo starych czasów Lakers vs. Celtics.   

Przerywamy milczenie

sobota, 19 kwiecień 2008

Powoli robi się nudno… I za bardzo nie ma o czym pisać. Cyryla i Steffi już nie ma (we miss you guys, hope that you’re checking at least the gallery :), do Yvesa przyjechała mama dziennikarka (potwierdzamy: MacAir jest naprawdę gadżeciarski), Phillip myślał że ma deadline na złożenie pracy w sierpniu, ale okazało się że jego promotor jest aluzakiem i musi złożyć wszystko w czerwcu, a że jeszcze trochę zostało, to zamyka bibliotekę o 2.30…, Sylvia dostała staż w WHO (Genewa) więc też wyjechała. W między czasie odbyło się kilka imprez, w większości nic specjalnego. Z ciekawszych rzeczy nasi znajomi Margaret i Varvn zaprosili na pokaz gejszy. Naprawdę fajne i do tego bardzo unikalne. Nawet w Japonii, jeżeli się nie zna opodwiednich ludzi i (a nie lub) nie dysponuje grubym portfelem, to dostanie się na taki pokaz jest w zasadze niemożłiwe. Mieliśmy też Cherry Blossom Festival, czyli w największym skrócie festiwal kultury japońskiej, który się co roku odbywa na jednej z główniejszych ulic Waszyngtonu. W ogóle kwiat wiśni jest w tym mieście szczególnie ważny - w latach 20tych cesarz japoński przekazał rządowi amerykańskiemu kilkaset drzewek, które zostały posadzone w centrum miasta. Największe ich skupisko znajduje się koło Jefferson Memorial wokół jeziora Tidal Basin
(http://maps.google.com/maps?f=q&hl=pl&geocode=&q=dc&jsv=107&ie=UTF8&ll=38.889229,-77.030468&spn=0.030264,0.079994&z=14&iwloc=addr
Podlinkowa mapa przedstawia centrum DC, ale niestety nie rozgryźliśmy w jaki sposób wstawiać na niej zaznaczenia. No i są tu najważniejsze punkty każdej wycieczki: White House, The Ellipse (obelisk), West Potomac Park (Lincoln’s Memorial i znane z Forresta Gumpa Reflection Lake), National Mall (taki parko-deptak wokół którego są naprawdę fajne i darmowe muzea) no i Capitol. Law Center, które jest oddzielone od głównego kampusu Georgetown, można znaleźć pośrodku między Capitolem, dworcem (po zbliżeniu wyjdzie że to Union Station), a znaczkiem drogi 395, między 1st NW a New Jersey Ave, trochę na lewo mamy stację metra Chinatown - Gallery Place, obok jest Verizon Center, czyli hala sportowa gdzie między innymi grają Wizards.
Nowości filmowe… dużo przeciętnych filmów, które oczywiście można obejrzeć i równie szybko zapomnieć (The Others Boylen’s Girl - dla miłośników filmów kostiumowych, 88 - fajny scenariusz i Al Pacino, ale nic więcej, Vintage Point - jak zabić prezydenta USA z różnych perspektyw - dementujemy, Sigourney Weaver gra rolę trzecio- a nie pierwszoplanową, Złoto dla głupców - lekko łatwo i przyjemnie; pozostała część repertuaru… odsyłamy do postu “Nadeszła mgła”)