Super Tuesday
wtorek, 5 luty 2008Dzisiaj Super Wtorek. W mediach absolutne szaleństwo. Chyba nigdy wybory prezydenckie na etapie nominacji partyjnych nie budziły tylu emocji. Zwłaszcza wśród demokratów, gdzie programy Clinton i Obamy są w sumie dosyć podobne. Zasady wyborów nominatów są dosyć skomplikowane; jeżeli ktoś jest zainteresowany, to polecam http://www.cnn.com/ELECTION/2008/. Dzisiaj głosowania w kilkunastu stanach - w tym również w Nowym Jorku i Kalifornii, które wybierają najwięcej delegatów. Faworyci: u republikanów wciąż McCain, u demokratów jeszcze Clinton, choć w ostatnich dniach Obama zaczął ostro odrabiać.
Są pierwsze wyniki… W Zachodniej Virginii wygrał Mike Huckabee… nasi amerykańscy znajomi (sami demokraci z wyjątkiem Margaret która jest ‘republikanką z Ohio’) zacierają pewnie ręcę. Huckabee ma tak radykalne poglądy, że trudno sobie wyobrazić, żeby jako nominat republikanów miał szanse z jakimkolwiek kandydatem demokratów. Ale z drugiej strony, ma niesamowite “gadane”, chyba najlepsze ze wszystkich kandydatów.
Są kolejne wyniki. Właśnie oglądamy CNN i trzeba powiedzieć, że wieczór wyborczy jest całkiem interesujący i zrobiony chyba fajniej niż w Polsce. U republikanów prowadzi McCaine, zaskoczeniem jest Huckabee (wygrał właśnie w Alabamie) w większości stanów przed Romneyem. U demokratów sytuacja nadal niepewna - Obama wygrał w większości stanów, ale za to Clinton w tych z większą ilością mieszkańców. Formuła przeliczenia wyników na ilości delegatów na konwencję jest dosyć skomplikowana, nie podejmuję się jej przedstawić :)
Ostateczne wyniki: choć McCain jeszcze nominacji nie zdobył, to wygląda na to że jest to tylko kwestia czasu. U demokratów choć prowadzi Clinton, to jest coraz bardziej prawdopodobne, że kandydata wybiorą superdelegaci, którzy nie są związani żadnym głosem wyborców i mogą zrobić co im się podoba
Ponieważ taka sytuacja zdaży się po raz pierwszy, to trudno powiedzieć jak to wszystko się skończy. Jedno jest pewne, wyborcy wpływu na to za dużego mieć nie będą
Po serii postów politycznych obiecujemy relację z niedzielnego Super Bowl.
12 lutego 2008 11:21
Poczytałem trochę o wybieraniu kandydatów i to jest rzeczywiście nieźle porezane
I pomyśleć, że oni dopiero wybierają kandydatów, a właściwe wybory odbędą się później.
Swoją drogą o ile wybór kandydata poprzez delegatów jest w miarę OK, to sposób wyboru prezydenta przez elektorów już mi się tak nie podoba. Lipa, że może być sytuacja jak między Gorem i Bushem, kiedy zostaje wybrany ten kandydat, który zebrał w skali kraju mniej głosów.
Skoro i tak mają wybory powszechne, to powinni zrobić też bezpośrednie.
12 lutego 2008 16:08
Jeszcze zwróć uwagę na super delegatów
Poza tym ciekawe są reguły gry - u republikanów jeżeli wygrasz stan, to bierzesz wszystko, u demokratów - proporcjonanie (dlatego u demokratów jeszcze wszystko przed nami).
Co do ostatecznych wyborów. Wiem że rozstrzygnięcie wyborów Gore/Bush jest ciężkie do zaakceptowania z punktu widzenia zwykłej logiki. Trzeba tylko wziąć pod uwagę, że do USA to jet federacja stanów, czyli związek podmiotów o bardzo dużej samodzielności (znacznie większej niż nam się wydaje w Polsce), które muszą mieć zagwarantowany wpływ na wybory prezydenta. System elektorów to właśnie gwarantuje - gdyby nie było elektorów, to kilka stanów (np. taka Montana lub South Dakota) mogłoby w ogóle nie organizować wyborów bo ich glosy nic by nie zmienily. Problemem jest zasada “zwycięzca w stanie beirze wszystko”. Wyobraź sobie państwo z dwoma stanami: A - 11 mln. ludności (11 głosów elektroskich) i B - 10 mln. (10 głosów elektorskich), a później wyniki w A: R-40%, D-60%, wyniki w B: R-90%, D-10%. Demokraci dostają więcej głosów elektorskich, choć głosowało na nich mniej ludzi. Tak to mniej więcej działa tutaj. Jedyna możliwa zmiana, to wprowadzenie systemu proporcjonalnego (choć i to jest mało realne). W naszym pa}stwie oznaczałoby to, że: R dostają 4+9=13, a demokracji 7+1= 8). Ale i w takim systemie mogłoby dojść do paradoksu wyborów Gore/Bush.