Archiwum z miesiąca: luty, 2008

Newsy z DC

czwartek, 28 luty 2008

Submission: Ewelina dobiegła końca. Bardzo było fajnie i sympatycznie. Intensywne 10 dni. Słowo ’shopping’ otrzymało całkowicie nowy wymiar :). Cieszymy się z mocnej złotówki i słabego dolara. Powstała również doktryna “1-2″, czyli do Stanów jedziemy z jedną walizką, a wracamy z dwoma. Poziom imprezowania osiągnął najwyższy poziom od czasu naszego przyjazdu. Czekamy na przyjazd Mańka i szykujemy się do Wielkanocy. Nasi Szwajcarzy są coraz bardziej entuzjastycznie nastawieni do Polski. Myślimy o jakiejś integracyjnej imprezie międzynarodowej ;)

W piątek wyjeżdza Stephanie… wczoraj była impreza pożegnalna, tradycyjnie: Ben’s Chilli Bowl i jazz club Bohemians Cavern (tym razem bez żadnych ekcesów). Poznaliśmy sympatycznego facia, który choć pochodzi z Chin, to jest Ujgurem i do tego lokalnym patriotą. W ogóle to inni ludzie też się zaczynają rozjeżdzać, kilku już wyjechało, kilku wyjeżdza, pod koniec marca Cyril, pod koniec kwietnia Phillipe; pod koniec czerwca Ivana, tylko Yves - typ wiecznego studenta, przez trzy lata pracy tylko nad doktoratem napisał 20 stron :) - na tyle polubił DC, że zostaje do końca roku. A u nas mega-interesująco zapowiada się maj. Submission: 10 dni w Kaliforni, samochodem od San Franciso przez Los Angeles do Las Vegas.  

Z sukcesów: ograłem Phillipa w raquetballa! Pierwszy raz po jakiś 20 meczach przegranych…, no ale on jest niedość że wysoki (192), naprawdę sprawny (co roczne szkolenia wojskowe, krav-maga), jego idolem jest Federer (ledwo przeżył porażkę z Djokoviciem na AO),  to jeszcze ma pojęcie o tenisie i squashu. Ale to był mój mecz :) Wchodziła mi niemal każda możliwa piłka. Normalnie gra się do 15, ale skończyło się na 21:19.   

Rhode Island

poniedziałek, 18 luty 2008

W poprzedni weekend wybraliśmy się do stanu Rhode Island odwiedzić Karinę i Maćka. Karina chodziła z Dominiką do podstawówki, były przyjaciółkami i … z różnych powodów ostatni raz rozmawiały ze sobą jakieś 10 lat temu. I dosłownie trzy tygodnie temu zgadały się przez nasza-klasa.pl i z miejsca zostaliśmy zaproszeni do nich do Providence. Oczywiście było bardzo fajnie, śliczne wybrzeże etc.  (polecamy galerię).

Najlepiej zapamiętamy jednak usługi GreyHound (odpowiedni naszego PKSa), za które zapłaciliśmy $230. Zaczęło się śmiesznie, bo o godz. 9:00.00 odjechaliśmy (cofając się jakieś dwa metry), a o godz. 9:00.03 jakiś pan wyskoczył z bramki i chciał chyba z nami jechać. Nasz kierowca pozostał jednak nieugięty i przejechał następne 50 m. do wyjazu z dworca. Tam nikt go nie chciał wpuścić i staliśmy jakieś 10 minut… W tamtą stronę jechało się dość dobrze, choć standard GreyHound znacznie odbiega od “Chińczyków”.

Ciekawiej było z powrotem. Wsiedliśmy w Providence o 19.00. Na zewnątrz zamieć śnieżna, ale wszystko było w sumie bardzo w porządku do jakiejś 21.00, kiedy autobus się popsuł. Tak “in the middle of nowhere”, a dokładanie w miasteczku New London, które kiedyś może i było ważnym portem, ale czasy jego świetności zdecydowanie minęły. Kierowca oświadczył, że będziemy czekać na autobus zastępczy 4 godziny i żeby się jak najcieplej ubrać bo nie ma ogrzewania (a było tak koło -13C). Stwierdziliśmy więc, że ruszamy w teren. Po 10 minutach udało nam się znaleźć jeden jedyny otwarty bar, taki “dla lokalnych notabli”. Niestety nie mieli tam pożądanych napojów gorących typu kawa/herbata. Ale za to była “Stolichnaya”, która - co stwierdziliśmy empirycznie - miała właściwości rozgrzewające. Przez trzy godziny oglądaliśmy więc NBA, wchodziliśmy w bliższe interakcje z miejscowymi, i w ogóle było sympatycznie.

Drugi autobus przyjechał koło północy, do NYC dotaraliśmy koło 3 nad ranem. Niestety nasz autobus z NYC do DC odjechał o 1.30, a z rozkładu wynikało że następny jest o 6.00… Już zaczęliśmy że myśleć o obudzeniu Bużana (na dworcu nie było jakoś szczególnie fajnie), kiedy jakiś sympatyczny Afroamerykanin powiedział nam, że o 3.45 jest autobus do DC. W autobusie tuż koło nas usiadła starsza pani, która chyba miała szereg natręctw. To czesała swoją peruczkę, to szukała szalika, to jadła orzeszki, to nakładała sobie kremik, to piła fantę, to szukała czegoś w jednej torbie, to w drugiej. W zasadzie robiła wszystko poza najbardziej oczywistą czynnością jaką się zwykle robi o 4-5 nad ranem. O 8.00 byliśmy w DC, a dokładnie jakieś 5 mil przed dworcem. Niestety okazało się, że dojazd do DC o tej godzinie przebija nawet dojazd remontowaną Puławską. Ostatnie 5 mil jechaliśmy jakieś 90 min… W domu byliśmy o 10. Powrót do normalności nastąpił dopiero następnego dnia.   

Niespodzianka :)

sobota, 16 luty 2008

Rozpoczęliśmy kilkudniowe obchodzenie urodzin Dominiki. Relacja będzie uzupełniana wraz z rozwojem sytuacji. Początek był niezwykły. Dominika wraca z biblioteki, wchodzi do domu, idzie powiesić kurtkę…. A w szafie Ewelina i Bużan :) O ile jeszcze przyjazd Bużana z NYC nie jest czymś niezwykłym, to Ewelina przyjechała z Wawy w pełnej konspiracji. Dominika nawiązała do słynnych epizodów: krecik na rowerku, piramidka. Szkoda tylko że nie zrobiliśmy zdjęcia. Priceless.

Super Bowl

środa, 13 luty 2008

Kolejny fetysz amerykańskiej kultury. Niezwykłość tej niedzieli (3/02) można było odczuć w sklepach i barach. W tych pierwszych - mega dostawy chipsów, nachosów, pop-cornu, mrożonych pizz i piwa, dodatkowi sprzedawcy, większa liczba kupujących, w barach wszędzie happy hours, tłumy. Super Bowl po prostu wypada obejrzeć, nawet jeżeli się nie jest tym specjalnie zainteresowanym…

My oglądaliśmy Super Bowl w domu razem z Maćkiem (który kiedyś grał i nam wytłumaczył zasady - całkiem proste) i Klaudią. Impreza zaczęła się koło 19.00 i trwała do jakiejś 22.30. Większość z tego stanowiły reklamy piwa, chipsów, samochodów etc. - koszt spotu w przerwie reklamowej wynosi ponoć do $30 mln. No ale z drugiej strony oglądalność ponoć przekracza 80%, co oznacza dotarcie do jakiś 200 mln osób… W przerwie był występ jakiegoś zespołu country, ponoć bardzo znanego. 

Od strony sportowej nie było to jakieś niezwykłe przeżycie :). Pierwsze trzy kwarty (czyli dobre 2,5 godziny) były raczej nudne, Patriots (faworyci, niepokonani przez cały sezon i play-off) przeprowadzili dwie udane akcje, Giants jedną. Rozkręciło się dopiero po koniec czwartej. Na dwie minuty przed końcem Patriots wyszli na prowadzenie i wyglądało że jest po meczu. Ale wtedy Giants docisnęli i na minutę przed końcem po genialnym podaniu quarterbacka Eli Manninga Giants zrobili przyłożenie zdobywając tym samym 6 pkt.  I wtedy to już naprawdę było po meczu. Patriots się nie podnieśli, a Eli Manning, którego ojciec i starszy brat byli słynnymi futbolistami, również zdobył swoje miejsce w historii NFL.

Super Tuesday

wtorek, 5 luty 2008

Dzisiaj Super Wtorek. W mediach absolutne szaleństwo. Chyba nigdy wybory prezydenckie na etapie nominacji partyjnych nie budziły tylu emocji. Zwłaszcza wśród demokratów, gdzie programy Clinton i Obamy są w sumie dosyć podobne. Zasady wyborów nominatów są dosyć skomplikowane; jeżeli ktoś jest zainteresowany, to polecam http://www.cnn.com/ELECTION/2008/. Dzisiaj głosowania w kilkunastu stanach - w tym również w Nowym Jorku i Kalifornii, które wybierają najwięcej delegatów. Faworyci: u republikanów wciąż McCain, u demokratów jeszcze Clinton, choć w ostatnich dniach Obama zaczął ostro odrabiać.

Są pierwsze wyniki… W Zachodniej Virginii wygrał Mike Huckabee… nasi amerykańscy znajomi (sami demokraci z wyjątkiem Margaret która jest ‘republikanką z Ohio’) zacierają pewnie ręcę. Huckabee ma tak radykalne poglądy, że trudno sobie wyobrazić, żeby jako nominat republikanów miał szanse z jakimkolwiek kandydatem demokratów. Ale z drugiej strony, ma niesamowite “gadane”, chyba najlepsze ze wszystkich kandydatów. 

Są kolejne wyniki. Właśnie oglądamy CNN i trzeba powiedzieć, że wieczór wyborczy jest całkiem interesujący i zrobiony chyba fajniej niż w Polsce. U republikanów prowadzi McCaine, zaskoczeniem jest Huckabee (wygrał właśnie w Alabamie) w większości stanów przed Romneyem. U demokratów sytuacja nadal niepewna - Obama wygrał w większości stanów, ale za to Clinton w tych z większą ilością mieszkańców. Formuła przeliczenia wyników na ilości delegatów na konwencję jest dosyć skomplikowana, nie podejmuję się jej przedstawić :) 

Ostateczne wyniki: choć McCain jeszcze nominacji nie zdobył, to wygląda na to że jest to tylko kwestia czasu. U demokratów choć prowadzi Clinton, to jest coraz bardziej prawdopodobne, że kandydata wybiorą superdelegaci, którzy nie są związani żadnym głosem wyborców i mogą zrobić co im się podoba :) Ponieważ taka sytuacja zdaży się po raz pierwszy, to trudno powiedzieć jak to wszystko się skończy. Jedno jest pewne, wyborcy wpływu na to za dużego mieć nie będą :)

Po serii postów politycznych obiecujemy relację z niedzielnego Super Bowl. 

O demokracji w Ameryce…

piątek, 1 luty 2008

Nie zamierzam być drugim Tocqvillem. Ale samo przebywanie w Stanach wyzwala nowe pokłady energii w zakresie analizowania czym jest i jak działa demokracja. A także czym się różni od naszego polskiego ‘piekiełka’.

Na pytanie kiedy zaczęła się kampania wyborcza tak naprawdę odpowiedzieć się nie da. W przypadku Hillary, chyba w momencie kiedy została First Lady, a najpóźniej kiedy musiała się wyprowadzić z Whitehouse. Kampania polityczna jest tu zjawiskiem pernamentnym, które w pewnymi okresami przybiera trochę na intensywności. Część ludzi może i żyje tym jak plotkami ze świata celebrities, inni wydają się jednak trochę znudzeni.

I trochę trudno im się dziwić. O ile między ideologią republikańską i demokratyczną można jeszcze wskazać pewne różnice, to w przypadku ‘polityki stosowanej’, jest to znacznie większe wyzwanie. Wiele osób z którymi rozmawiamy wręcz twierdzi, że to kto wygra wybory jest w zasadzie mało istotne, każdy i tak robiłby dokładnie to samo. Dość zabawna konkluzja, zwłaszcza że osoby te mają swoje sympatie i zamierzają głosować. W całym tym biznesie chodzi jednak przede wszystkim o reelekcję, co oznacza konieczność przypodobania się lobbystom i sponsorom kampanii oraz wykonywania małoznaczących  ale efektywnych gestów wobec elektoratu. Ciekawą sprawą jest też, że zdecydowana większość naszych amerykańskich znajomych nie do końca wie jak wygląda ordynacja wyborcza - począwszy od walki o nominacje, na głosowaniu elektorskim skończywszy…

Od strony sympatii politycznych Stany są, oczywiście w pewnym uproszczeniu,  podzielone na dwie dosyć spolaryzowane części. Obydwa wybrzeża to zwolennicy demokratów, środek to elektorat republikański. Zresztą najlepiej jest wpisać na google graphic hasło “Jesusland” :) 

Na dzień dzisiejszy zdecydowanym faworytem do nominacji republikańskiej jest weteran kampanii prezydenckich senator McCain, zwłaszcza po tym jak poparcia udzielili mu Rudi i Arnie. Dużo ciekawiej wygląda walka o nominację wśród demokratów. Wygląda na to, że sen. Edwards który już się z kampanii wycofał, udzieli poparcia, podobnie jak to zrobił senior rodu Kennedych, Barackowi Obamie. Na razie jednak prowadzi Hilly, ale zobaczymy co się wydarzy w najbliższy (Super) Wtorek.