Archiwum z miesiąca: styczeń, 2008

Z cyklu “Amerykańskie śmiesznostki”

piątek, 25 styczeń 2008

W telewizji postanowili chyba nam zrobić prezent. Week with 007. Wszystko byłoby świetnie, gdyby nie to, że kolejne Bondy są puszczane codziennie od 9 do 13… Zrozumiałe, że prime-time jest zarezerwowany dla “ambitnych” reality show prezentujących jak wygląda real american life lub real american dream :), ale mogli by przynajmniej je powtarzać w późnym wieczorkiem, w nocy. Z dobrych wiadomości: możemy oglądać Australian Open, ze złych wiadomości: w niedzielę się już kończy.

Inną ciekawą rzeczą jest reklama srebrnych 1-dolarówek. Spoty w ogólnokrajowym kanale, 45 sekund, na zasadzie tele-zakupów zachęcają, żeby kupić unikalną srebrną 1-dolarówkę za $19,99. No bo że niby rosnące ceny złota, ceny srebra, zagrożenie kryzysem.  To jest dopiero interes! 

A poza tym to zaczęły się zajęcia, minęła połowa naszego american dream i zrobiło się zimno. No i jeszcze ważna sprawa: w piątek jest premiera nowego Rambo :)

O studiach w USA

poniedziałek, 21 styczeń 2008

Jeżeli ktoś ma jakieś wątpliwości, gdzie są najlepsze uniwersytety, to mogę zdecydowanie potwierdzić - są w USA i biją nasze w zasadzie we wszystkich aspektach. Jakie są tego przyczyny? Przede wszystkim najlepsze uniwersytety są prywatne i do tego bardzo drogie. Cztery lata w dobrym collegu (czyli coś jak nasze studia licencjackie, tylko że o profilu ogólnym) to jakieś $160.000 samego czesnego, do tego graduate school (studia magsiterskie: prawo $120.000, mba $80.000). Stypendia socjalne są, ale bardzo ograniczone - pomoc finansowa to przede wszystkim pożyczki studenckie, które potem trzeba spłacać. Ale absolwent dobrej graduate school może być w zasadzie pewien, że znajdzie dobrze płatną pracę i będzie mógł pożyczkę spłacić. Tak więc system działa - banki chcą pożyczać, bo ryzyko że absolwent Harvard Business School nie będzie w stanie spłacić kredytu jest nieduże, a studenci mają motywację do ostrej nauki - bo całkiem sporo za to wszystko płacą.

Od strony organizacyjnej wygląda to naprawdę rewelacyjnie. Warunki do studiowania na mojej uczelni (Georgetown Univeristy Law Center, czyli graduate school GU) są bardzo dobre. Dwie biblioteki z jednym z większych księgozbiorów prawniczych w USA, własne biurko z możliwością trzymania swoich książek, pełny dostęp do kilkuset baz danych, salki do nauki zbiorowej, czytelnia, w czasie sesji czynne 24 h., Centrum Sportowe (naprawdę duża siłownia, salki aerobicowe, basen, korty do racqetballa, pełnowymiarowe boisko do kosza) - dostępne bez żadnych ograniczeń i w ogóle nie udostępniane na zewnątrz); akademik połączony z innymi budynkami; tylko Caffeteria jest taka sobie… - niby jest tam normalne jedzenie, ale jakoś już go mam dość :).  Każdy dzień jest wypełniony różnymi wydarzeniami: pojedyncze wykłady znanyc osobistości, seminaria, konferencje, spotkania z pracodawcami, konkursy, eventy robione przez stowarzyszenia i koła naukowe, eventy sportowe - dosłownie od 10 do 18 cały czas coś się dzieje. I w większości są to rzeczy, w których przyjemnie jest wziąć udział.

Zajęcia - system trochę przypomina SGH, pewne zajęcia są obowiązkowe, ale zdecydowaną większość programu studiów można sobie ułożyć samemu. Studenci nie kierują się jedynym słusznym kryterium “łatwość zaliczenia”, ale aspektami merytorycznymi. Profesorowie z którymi miałem kontakt - rewelacyjni zarówno od strony intelektualnej jak i życiowej. Większość prowadzi jeden przedmiot w semestrze, są zawsze perfekcyjnie przygotowani do zajęć, nie zdarzyło się żeby się spóźnili albo odwołali zajęcia. Na zajęciach w zasadzie zawsze komplet - nawet nie trzeba sprawdzać listy (no ale ta świadomość że się za to zapłaciło…), choć zdarzają się też takie kursy gdzie profesor mówi wprost, że warunkiem zaliczenia jest 100% frekwencja - reguły gry są jasne. Niektórzy wymagający - na zajęcia z normatywnej teorii prawa przed każdymi zajęcami trzeba było przesłać 4-5 stronicowy tzw. ‘reaction paper’ z zakresu materiału zadanego do przeczytania. Profesorowie co do zasady pracują tylko na jednej uczelni i zarabiają rocznie około $100.000, co na warunki amerykańskie nie jest jakąś szokującą kwotą. W ramach umowy o pracę mają obowiązek poza prowadzeniem jednych zajęć semestralnie napisać artykuł lub książkę z podaniem afiliacji na Georgetown. No i są naprawdę dostępni - prof. Volokh od Law&Economics po prostu pracuje w gabinecie na uczelni i jest dostępny codziennie. 

Jeżeli chodzi o studentów to ich poziom naukowy trochę mnie rozczarował, ale w końcu Georgetown Law dla większości był uniwersytetem drugiego wyboru. Konkurencja między studentami - bardzo ostra (efekty oceniania według krzywej), coś takiego jak ściąganie w ogóle nieistnieje, jeden chłopak na law&economics prosił publicznie o notatki…, z zasłyszanych historii: przed sesją w niektórych książkach brakuje najważniejszych stron wyrwanych przez studentów, którzy chcą wyciąć konkurencję. Wszyscy korzystają z laptopów (w większości MacBooków ;) - absolutnie obowiązkowym element wizerunku lokalnych trendsetterów). Część owszem potrafi robić szybko notatki i to z tabelkami, wykresami i grafami (polecam one note), ale większość ostro trenuje podzielność uwagi: chat na gmailu, poczta, licytacja na ebayu, scrabble on-line (absolutny hit), jeden facio z Law&Economics to nawet regularnie przez cały semestr napinał w Warcrafta.      

Główny wniosek, to że bardzo fajnie to wszystko tu wymyślili. Najważniejsze to chyba to, że studia są w pełni zintegrowane z rynkiem pracy. System jest tak skonstruowany, że profesorowie się przykładają do swojej pracy, a studenci do nauki. No i przynosi to określone rezultaty.  

Hej, hej, tu NBA

czwartek, 17 styczeń 2008

W ostatnią sobotę byliśmy na meczu NBA, Washington Wizard vs. Boston Celtics. Wszystko to jest naprawdę nieźle wymyślone. Hala Verizon Center (Wizards, Capitals, Mystics, Georgetown i masa innych eventów) znajduje się w samym centrum DC, dosłownie przy stacji metra. Zaraz za wejściem jest sklep z klubowymi gadżetami (tradycyjnie można kupić w zasadzie wszystko, włącznie z meczówkami dla niemowlaków), a dalej szeroki wybór junkfoodów. My się skusiliśmy na Nachos Grande, których niezwykłość została uwieczniona na zdjęciu :).

Sama sala jest ogromna - 20.000 miejsc i do prawie pionowa. Nasze miejsca były dość wysoko - no ale to niestety wynika z prostego faktu, że te niżej są naprawdę drogie ($400 - $1000), a za nasze zapłaciliśmy łącznie $125… Ale w sumie wszystko widać, a w razie czego jest jeszcze telebim. Oprawa meczu jest w porządku (muzyczka, łapanie kamerą, cheerleaders, rozdawanie koszulek), choć jakby tam przyjechał nasz “sektor tańcząco-śpiewający”, to lokalni niewiedzieliby o co chodzi :). No i oczywiście wszyscy skandują ‘defence, defence’. No i może jeszcze buczenie w czasie rzutów osobistych Celtów - na telebimie pojawia się duży napis ‘BUUU’ i to naprawdę działa 

Sam mecz nie był jakiś rewelacyjny, bo obydwie drużyny grają raczej mocno w obronie, a Wizards do tego bez swojego najlepszego zawodnika. Wynik był jednak dość sensacyjny - Celtics przegrało, choć w połowie 4. kwarty prowadziło 10 pkt… Kevin Garnett zagrał tak jak zwykle: 24 pkt. 10 zbiórek, ale w sumie nie pokazał czegoś niesamowitego. Generalnie jest to jednak niesamowite przeżycie. Bez dwóch zdań.  

Tak w ogóle, to któraś z naszych telewizji zaczęłaby wreszcie transmitować mecze… My oglądamy zwykle dwa razy w tygodniu na TNT i ESPN. Najczęściej można obejrzeć mecze Phoenix, Dallas, Los Angeles Lakers, San Antonio, Houston, Chicago i Detroit. Najfajnieszy basket gra chyba Phoenix, a rozgrywanie w wykonaniu Steve’a Nasha jest po prostu niesamowite. Fajnie grają też Portland. Ale mistrzem pewnie znowu zostanie San Antonio :) No i pojawia się smutna refleksja - jak mieliśmy po 13-15 lat to goście tacy jak Shaq, Mourning czy Hill zaczynali grać. A dzisiaj mówi się o nich dziadki, staruszkowie… nawet Garnett czy Kidd powoli stają się weterenami.   

Zima w DC :)

poniedziałek, 7 styczeń 2008

pogoda.JPG

Niesamowity Sylwester w DC

piątek, 4 styczeń 2008

Przed Świętami zastanawialiśmy się nad koncepcją “Sylwester w NYC”. Ale nie bardzo było jak, sporo osób nam odradzało milionową imprezę na Times Square, więc zostaliśmy w DC. Zaczęło się od tego, że o godz. 18 obchodziliśmy Sylwestra “Warszawskiego” - fajerwerki przez webcam, telekonferencje, telefony, esemesy, życzenia… Zjedliśmy kolacyjkę, zrobiła się godzina 23.00 i pojechaliśmy z szampanem, Maćkiem i Klaudią pod Washington Monument (czyli nasz obelisk). Kolejność nieprzypadkowa - Maciek i Klaudia dostali od nas szampana, jednak go nie wzięli, ze względu na ”obowiązujące przepisy prawa” i “potencjalną możliwość konfliktu ze stróżami prawa, może nie postaci aresztu ale co najmniej grzywny”… 

W Centrum było tak trochę pustawo, żadnej publicznej imprezy. Pod naszym obelskiem zgromadziło się jakieś 100 osób. O godzinie 24.00 zaczęli krzyczeć hurra, otwierać szampany, składać sobie życzenia… i w zasadzie to była jedyna oznaka początku roku 2008. Żadnych fajerwerków w promieniu osiągalnym wzrokiem (a noc była bezchmurna), jedynie kłęby szarego dymu wydobywające się spod ‘obela’. Więc wróciliśmy do domu, upajając się niesamowitością sylwestrowych doznań.

Następnego dnia mogliśmy się tylko śmiać, czytają na gazeta.pl, że sześć godzin po Warszawie, fajerwerki rozbłysnęły nad Nowy Jorkiem i Waszyngtonem… ’Lokalni’ mówią, że brak fajerwerków jest kolejnym etapem wojny z terroryzmem, realizowanej jednak przede wszystkim kosztem normalnych ludzi, a zwłaszcza naiwnych tursytów którzy liczyli, że w tym ‘centrum świata’ coś musi się dziać.

I z ostatniej chwili. Namierzyliśmy polski sklep w Baltimore, czyli jakieś 45 min. kolejką od nas :) Tak więc planujemy się wybrać z plecakami i zrobić pożądne zapasy na 2. połowę zimy :)

Xmas

piątek, 4 styczeń 2008

Jak już mówiliśmy na Święta pojechaliśmy do Princeton, do Izy i Maćka. Na początek malutka dygresja o Princeton - jest to malutkie miasteczko uniwersyteckie (ok. 10.000 mieszkańców), które ze względu na dogodne położenie względem NYC stało się ukochanym miejscem wielu notabli :). Absolutna enklawa, sielankowa atmosfera, miejsce zupełnie inne niż reszta Stanów. Do miasteczka można dojechać specjalnym pociągiem (Dinky), za utrzymanie którego Uniwersytet płaci rocznie jakieś $4 mln…, no ale w sumie mają z czego - endownment, czyli tylko środki pienieżne to jakieś $15 mld. Sam Uniwersytet wygląda naprawdę bajkowo…, wszystkie budynki, nawet te budowane ostatnio,  wyglądają jakby miały dobre 200 lat. JK Rowling i scenarzyści HP mogliby tu czerpać inspirację.

Święta były bardzo polskie. Spora w tym zasługa polskiego sklepu w Trenton, gdzie można kupić zdecydowaną większość składników do wigilijnych dań, ale jeszcze większa naszej czwórki. Nie było na skróty :) - choinka była ubrana jak trzeba; sami przygotowaliśmy cztery rodzaje pierogów, kapustę z grzybami, rybę po grecku, kilka rodzajów śledzi, kompot z suszu, karpia, chyba tylko makowiec był gotowy. Lepienie pierogów jest bardzo symaptyczne, ale jeżeli w grę wchodzi jakieś 300 szt., to robi się to dosyć męczące… Jak do stołu zasiedliśmy w Wigilię o 20.30 i  - z drobnymi przerwami na spanie i 3 godzinny spacer - wieczerzaliśmy do 26 godz. 12.00. Oczywiście były fajne prezenty. W między czasie obejrzeliśmy też kolejne odcinki naszego emigracyjnego hitu - Ekipy, Wajdowskego “pewniaka” do Oskarów (można mieć do filmu pewne zastrzeżenia, ale polecamy, każdy powinien obejrzeć Katyń - w końcu to kawał polskiej historii, nie wszystkim zapewne dobrze znanej).

W drugi dzień świąt (tutaj jest to całkowicie normalny dzień) wróciliśmy do domu, zahaczając po drodze o Philly. Nasz autobus najpierw się spóźnił jakieś 90 min., a potem jechaliśmy w korku. Nie to żeby był jakieś wypadek czy coś. Po prostu było mokro i wszyscy jechali wolno, tzw. ławą blokującą wszystkie pasy. Nasz magiczny kierowca (autobusem robi garaż tyłem z margniesami 50 cm. na raz) wszystkich wyprzedzał prawym pasem, ale i tak łącznie podróż zajęła nam jakieś 8 godzin.  Relacja z “niesamowitego Sylwestra w DC” już się pisze.