Princeton na spontonie
środa, 19 grudzień 2007W zeszłym tygodniu zadzwonił do nas Michael aka Michał i zaproponował, żeby tak spontanicznie pożyczyć brykę i uderzyć do Princeton, gdzie znani większości czytelników Maciek i Iza, wraz z nieznanymi większości czytelników Bartkiem aka Bartem oraz Elisabeth wyprawiali imprezę świąteczną. Po spontanicznej czwartkowej decyzji nastała chwila piątkowej refleksji związanej z “możliwością wystąpienia gwałtownych burz śnieżnych”, a zwłaszcza obawami czy Michał zdąży z powrotem do DC na występ swojego chóru… Ostateczna decyzja podjęta w sobotę jakieś trzy godziny przed godziną “0″.
Pożyczenie samochodu jest w US rzeczą banalną. W zasadzie to trzeba mieć kartę kredytową, szybka rezerwacja przez Internet, odbiór z lotniska. 60$ za 24 godziny z ubezpieczeniem włącznie + 45$ za bak. Kultura kierowców amerykańskich jest kompletnie nijaka. Ewidentnie brakuje tu jeżdzących “po warszawsku”, wypadków to nie ma chyba tylko dlatego że w zasadzie większość dróg to autostrady. Ogólnie to nawet te drogi które autostradami nie są, zazwyczaj przewyższają standardem nasze autostrady (w tym momencie składamy gratulacje rządowi, obecnemu i poprzedniemu za 25-km odcinek autostrady Gdańsk - Toruń i wyrażamy nadzieję że autostrada Poznań - Warszawa jednak gdzieś się spotka
). Co ciekawe kierowcy jeżdzą wszystkimi pasami z różnymi prędkościami; zdarzają się sytuację kiedy towarzystwo ławą na 4 pasach jedzie z tą samą prędkością. Niemcy by tego z pewnością nie przeżyli. Oznakowanie…jest koszmarne. Michał który jeżdził tą drogą x razy, w pewnym momencie się zgubił. Naszym zdaniem to jednak efekt wpływowego lobby producentów GPS.
W Princeton było śmiesznie. Sytuacja losowa spowodowała, że z Maćkiem i Izą mogliśmy się spotkać dopiero późnym wieczorem. Barta był w NYC na operze, a Elisabeth (współlokatorka Barta) nas jeszcze nie znała. Ale poznała i było fajnie. U Maćka i Izy - tradycyjne dyskusje o wszystkim do późnych godzin nocnych przy kieliszku dobrego Porto i jeszcze lepszego Sherry :). Ze śniadania planowanego na 8.30 oczywiście nic nie wyszło, ale i tak stanowiliśmy rdzeń zespołu przygotowującego imprezę, świetnie się przy tym bawiąc (ubieranie choinki, varene vino) i słuchając polskich kolend (co było naprawdę miłe). O samej imprezie niestety za dużo nie powiemy, bo zanim przyszli goście, to my już pojechaliśmy do DC (burze śnieżne, chór, etc. :). No i jeszcze jedna ważna korzyść związana z wyjazdem: Prince Polo i żurek, które Dominika kupiła w polskim sklepie.
Do Princeton wracamy już w poniedziałek, spędzić Święta w małym składzie emigrantów
z Izą i Maćkiem. Ale na razie musimy jeszcze uskutecznić świąteczny szoping.
19 grudnia 2007 10:20
Ej ale serio macie tam tyle śniegu i burz śnieżnych? Bo w tv wyglądało to całkiem okrutnie! Kurrcze święta poza krajem to tak jakoś ,chyba dziwnie, co?? W sumie dobrze że z Maćkiem i Izą je spędzicie. A ty Słoniu byłeś?? Czy Dominika szykuje Ci rózgę???
Elo
20 grudnia 2007 00:44
wielkie elo po okresie nieobecnosci i niepisalnosci, czlowiek zalatany, zaganiany, zarobiony - tzn. duzo pracy a nie płacy
Sypniu to pewnie juz poprosil o rózgę i tylko czeka az dominika tą rózgą go będzie smyrala ale to moze dominiki (d&d) opisza w kolejnym epizodzie pt. “Rózgę czy rózgą vol1″ albo “Figlarne zabawy z rózgą w DC vol1″
kilka dni temu uslyszalem ciekawy swiateczny dowcip - interpretacje pozostawiam czytelnikom:
- Dlaczego św. Mikołaj chodzi cały czas uśmiechnięty?
- Bo zna adresy do wszystkich niegrzecznych dziewczynek!
Wesołych Świąt dla wszystkich grzecznych i niegrzecznych
20 grudnia 2007 12:21
Uwaga! Uwaga! - Dominiki wasz blog rusza powoli na szersze wody: zapraszam na: http://fotoguma.blox.pl
20 grudnia 2007 12:32
Dominik, w wątku o shopingu pisałeś, że baskecisz (są Lebrony i jest z kim
) to może napisz coś na temat uprawiania naszego ukochanego sportu w US, jak tam poziom, czy jest sens się wybierać, żeby skopać amerykańcom tyłki itp…?
20 grudnia 2007 13:32
ja jako najgrzeczniejsza ze wszystkich grzecznych dziewczynek baaardzo żałuję, że nie będzie mi dane pobawić się rózgą….
hehe buziaki
20 grudnia 2007 22:15
no z tym skopaniem tyłków to może tak prosto nie być; kilka osób ma pojęcie ma naprawdę pojęcie o graniu. Np. taki Tom (195 cm.) grał przez 4 lata w niezłej drużynie collegowej, gość nie do zabiegania, z półdystansu rzuca z wyskoku i trafia w zasadzie wszystko. Kilku chłopaków jest na pewno bardzo silnych (coś w klimacie Michasia, tylko wyżsi), sporo osób dobrze obrzucanych, zdecydowana większość wybiegana. Natomiast większość raczej odpuszcza w obronie. Jest bardzo mało fauli - z jednej strony starają się nie faulować, z drugiej strony z naszych aptekarskich fauli to by się raczej śmiali.
21 grudnia 2007 13:21
rafciu, zapomniałeś jeszcze do “zalatany, zaganiany, zarobiony” dodać zalany
:)
21 grudnia 2007 13:58
O! Uderz w stół a nożyce….:D