Archiwum z miesiąca: listopad, 2007

Rzeczy, które nam się tu nie podobają - mini suplement

wtorek, 27 listopad 2007

Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu w dniu dzisiejszym (albo wczoraj wieczorem) dokonano w bibliotece zuchwałej kradzieży linki Kensigtona… Fakt - linka nie była zabezpieczona, ale stan ten trwał od dobrych 2,5 miesiąca, linka miała wartość $19,90, a żeby z niej korzystać trzeba złamać szyfr (10.000 kombinacji). Co za złodziejstwo w tych Stanach! Paranoja jakaś.

Thanksgiving Day

wtorek, 27 listopad 2007

Na początek krótki rys historyczny :). Kiedy w roku 1620 grupa purytańskich osadników założyła kolonię Plymouth, niewielu z nich zakładało, że większość z nich zginie w trakcie pierwszego roku… Szczęśliwcy którzy przeżyli głównie dzięki pomocy Indian doczekali drugich, zdecydowanie bardziej udanych żniw postanowili to uczcić. Indyka jednak nie było…, ponoć jedzone były jelenie. Jako święto narodowe Thanksgiving zaistniało dopiero w 1863 dzięki prezydentowi Lincolnowi. 

Współczesne Thanksgiving obejmuje trzy elementy: przygotowania (robienie zakupów - środa), nieprawdopodobne lub trochę mniejsze obżarstwo (czwartek) i zakupych na wyprzedażach w piątek. My uczestniczyliśmy w punktach drugim i trzecim. Co do przygotowań, to szacuje się że z okazji święta kupuje się i zjada około 50 mln. indyków. Na obiad świąteczny zaprosił nas znajomy rotarianin Len. Co do zasady Thanksgiving ma charakter bardzo rodzinny, jednak nasza impreza była zupełnie inna; był Len, jego dziewczyno-przyjaciółka (nie ustaliliśmy relacji, poza tym że się długo i dobrze znają), znajoma z Arkansas (uwaga: prawidłowa wymowa ‘Arkanso’) i zadomowieni w Stanach znajomi: z Łotwy, Gwatemali i Salwadoru. Tak więc było międzynarodowo. Jedzenie było pyszne: pieczony indyk (uwaga: spożywany w większej ilości ma właściwości usypiające) z sosem żurawinowym, specjalne nadzienie i sos, pudding z kukurydzy, ubite ziemniaki, zapiekane brokuły w sosie serowym, ciasto dyniowe, szarlotka z orzechami - naprawdę bardzo sympatyczne. Ciekawe, że podczas całego obiadu trwającego łącznie około 3 godzin, oglądaliśmy futbol amerykański. Jest taka tradycja, że co roku w Thanksgiving są rozgrywane trzy mecze (zawsze między tymi samymi drużynami), no i chyba ludzie je naprawdę oglądają. Tak więc  poza rozszerzeniem horyzontu kulturowo-kulinarnego, dowiedzieliśmy się jakie są zasady futbolu - dosyć skomplikowane, ale jak już się je zrozumie, to gra rzeczywiście nabiera koloru i się fajnie ogląda. Inną ciekawostką jest ‘nowa świecka tradycja’ wyjścia wieczorem do kina, mieliśmy iść na Beowulfa (mimo ** w GW), ale nie było już nigdzie biletów… Jeżeli chodzi o dzień następny, to już osobna opowieść.

No i jeszcze jedno - pogoda. Wczoraj było 20 stopni. Wysokie ciśnienie. Piękna kolorowa jesień. Jak na razie odnotowaliśmy 5 może 6 deszczowych dni. Pod tym względem jest naprawdę super.   

10 rzeczy, które nam się tu nie podobają (vol. 1)

środa, 21 listopad 2007

1. Telewizja. Oczywiście zdarzają się fajne filmy, w zasadzie codziennie można oglądać live NBA. Ale co do zasady na wszystkich programach puszczają idiotyczne seriale, programy rozrywkowe, a wszystko jest przerywane reklamami o różnej częstotliwości i różnym czasie trwania. Osobną kwestią są programy informacyjnej. Na popularnej stacji FOX codziennie są informacje o jakiś zamach lub próbach zamachów terrorystycznych. Z Alaski, Meksyku, Karaibów, Kanady, nawet pożary w Callifornii zostały zdaniem FOX TV wywołane przez Al-Kaidę… Jakiś totalny koszmar.  Już dokładnie rozumiem dlaczego w tym kraju ludzie boją się terroryzmu. Można powiedzieć, że w USA perfekcyjnie realizują model niewidzialnego wroga wewnętrznego połączonego z Wielkim Bratem  który czuwa i informuje.

2. Amerykanie. Może mamy pecha, ale zdecydowana większość ludzi których poznaliśmy, to Europejczycy, Azjaci… doświadczenia z rodowitymi mieszkańcami są zdecydowanie gorsze. Na przykład chłopak który siedzi obok mnie w bibliotece, tak jakby kolega z ławki. Pierwszego dnia powiedziałem do niego ‘Hi’ - odpowiedział mi dzikim spojrzeniem z cyklu ‘Skąd ty jesteś’, pomyślałem że miał gorszy dzień - ale następnego dnia w ogóle mnie zignorował… Albo taka Suzie z Californii - niby mądra dziewczyna, ostro udziela się na kosmicznych zajęciach z normatywnej teorii prawa. Zacytuję fragment dialog:

S: And where’re you from?

D: Poland, in Europe.

S: Really. From Poland? [z jej tonu wynikało że równie dobrze mógłbym powiedzieć ‘pomidor’ ]

Albo

D: You know, in Poland we don’t have common law, only statues.

S: You don’t have common law. It is weird

Tak naprawdę brakowało standardowych pytań typu: czy w Polsce żyją misie polarne, albo czy są McDonaldsy :)

Ale tak w ogóle, to Amerykanie o świecie faktycznie nie wiedzą za dużo. Ale facet od Arlington dał nam kilka danych statystycznych. 80% ludzi nie ma paszportów. 20% pozotałych to weterani różnych wojen którzy jeżdzą oglądać pomniki (głównie zresztą do Old England) i niewielka liczba studentów. Dla przeciętnego Amerykanina świat się kończy w US, dla nieco ponadprzeciętnego istnieją jeszcze Mexico City, Cancun i Karaiby. Jak byliśmy na spotkaniu Rotaractu, to tylko jedna dziewczyna słyszała o Polish Twins. A w gazetach (zwłaszcza tygodnikach) jednak trochę się pisało o naszych wyborach i zmianie ekipy rządzącej.

I jeszcze absolutny szlagier: rozmowa Brada z Arkansas z Samem z Sydney:

B: Sam, you are from Australia, aren’t you

S: Yes, I am from Sydney

B: Oooohh. Your English is superb

3. Podatki. Są naprawdę zakręcone. W każdym stanie obowiązują różne stawki na różne towary. W DC jest jeszcze lepiej, bo czasami robisz zakupy w DC, czasami w Virginii a czasami w Maryland. Nigdy nie wiesz ile wynosi podatek na jaki towar. A wszystkie ceny są podawane oczywiście bez podatków. Czasami jednak okazuje się, że cena była bez podatku… Jak kupowałem noweg laptopa na amazonie, to z całkowicie nieznanych mi przyczyn nikt nie chciał ode mnie żadnego podatku. Dyskusja na temat wynrodzeń netto i brutto może człowieka doprowadzić do szału. Ludzie z wyższym wyksztłałceniem na stronie ze specjalnym kalkulatorem nie są w stanie powiedzieć jak obliczyć wynagrodzenie netto. Przypomina to trochę sentencję z jednego z Asteriksów: ‘może być że tak, może być że nie, nie mogę powiedzieć’.   

4. Bezpieczeństwo. Pod tym względem trudno porównać DC i Warszawę. Tu po prostu codziennie kilka osób zostaje zastrzelonych lub pchniętych nożem. Większość tych eventów ma miejsce we wschodniej części miasta, w której nigdy nie byliśmy i chyba nie planujemy. Ale nawet w naszej dzielnicy zdarzają się różne incydenty: facet zatrzymuje samochód na skrzyżowaniu, wyciąga pistolet, każe kierowcy wysiąść i odjeżdża…, albo malutki park (700 m. na 100 m.) jest otoczony przez jakąś setkę policjantów ze strzelbami…, kronika kryminalna w Washingon Post codziennie opisuje napady ‘z bronią w ręku’ zakończone zwykle kradzieżą telefonu, i-poda i portfela. Nas to na razie w żaden sposób nie dotknęło. Ale ta świadomość że nie jest bezpieczenie jednak jest. Przy tym wszytkim policja jest naprawdę bezwzględna. Bardzo często różnego rodzaju przestępcy zostają w trakcie czynności operacyjnych postrzeleni ze skutkiem śmiertelnym.

5. Pre-paidy

Kupienie komóreczki jakieś specjalnie nie było. Zdecydowaliśmy się na lokalnego potentata AT&T z prostej przyczyny, że romowy między nami są cały czas za darmo. $100, od razu dostaliśmy $35 gratis. Świetnie, starczy na dłuuugo. Po dwóch miesiącach już wiadomo, że nie starczy :). Okazało się, że:

- jeżeli ktoś do ciebie dzwoni, to połowę płaci on, połowę ty :), więc jeżeli dzwoni ktoś kto pomylił numer, to za to płacisz

- poza opłatami za minutę rozmowy, jeżeli się nie rozmawia to płaci się również za “korzystanie z telefonu” $1 dziennie.

Noc na Ziemi…

wtorek, 13 listopad 2007

Zapewne większość oglądała lub słyszała o filmie Jarmuscha ‘Noc na Ziemi’. No więc dzisiaj miałem sytuację jakby wyjętą ze scenariusza. Jechałem na spotkanie w Prezydentem Rotary International do Kenwood Country Club w Bethesda na przedmieściach DC. Zgodnie z radami organizatorów pojechałem metrem na Friendship Heights i zacząłem łapać taryfkę…

Po 10 minutach czatowania udało mi się złapać old-schoolową cab z równie old-schoolowym kierowcą. Tradycjne amerykańskie powitanie hae’doin’. Mówię mu więc że świetnie i że jedziemy do Kenwood Country Club na ulicę River Road 5601. On mi na to coś odpowiedział (w stylu ble ble ble), więc mu powtórzyłem, na co on znowu coś odpowiedział (ble ble ble), na co ja mu dałem kartkę z adresem. Nic. Jeszcze 40 minut, akurat będę chwilę wcześniej, ludzi poznam. Niestety taxi-driver się zgubił! najnormalnie w świecie w pewnym momencie zaczął jechać całkowicie nie w tą stronę. Po 10 min. podjechał do jakiegoś innego taryfiarza, który mu wytłumaczył że to w przeciwnym kierunku. Dzownię do Dominiki, odpalamy maps.google, śledzimy on-line gdzie jesteśmy. Taksiarz na każdych światłach pyta się ludzi z innych samochodów czy dobrze jedzie. Zaczynam mu podpowiadać, bo niedość że robi się późno, to jeszcze chce skręcić nie tam gdzie trzeba. O 11.55 jestem na miejscu. Zdążyliśmy.

W tym momencie  opowieść mogłaby się skończyć. Ale to jeszcze nie wszystko. Facet wyjmuje kartkę z rozpisanymi zonami i zaczyna szukać ile mam zapłacić… Kompletnie mu to nie idzie. Mijają dwie minuty. Mówię ‘ten bugs is ok?’. On mi odpowiada ’ok’. Wiem jedno: albo zapłaciłem 50 c. za dużo albo z 2.70 za mało. On tego z pewnością nie wiedział. 

Spotkanie z Prezydentem RI. Fajna sprawa, ale DC a Rotary to szerszy temat i na pewno o tym będzie osobny post.  

Jazz party

piątek, 9 listopad 2007

Zaczęło się bardzo zwykle, Cyryl zagadał czy lubimy jazz; no bo jest taki klubik, koncert, etc. obok kultowe chilliburgery. Ponieważ wszystko to zapowiadało się sympatycznie, wczoraj wieczorkiem udaliśmy się na róg U St. i 11 St.  Najpierw odwiedziliśmy kultowe Ben’s Chilli Bowl. Miejsc faktycznie sympatyczne, widać że wiele się tam działo, a wielu znanych artystów wpadało na chilliburgera, chillihotdoga, chillifrytki lub po prostu na miseczkę chilli. Skopiowaliśmy więc słuszne wzorce i było dobrze jedzone, aczkolwiek może nieco ciężko.

Klub Jazzowy okazał się być kultową mekką czarnej muzyki w DC. Bohemians Caverns to naprawdę znane miejsce (pozdrowienia dla Tomka - Tobie by się tu naprawdę podobało), w którym grało i występowało wielu znanych muzyków (Miles Davis, Aretha Franklin, Louis Armstrong, Duke Ellington, Diane Ross). W środę akurat jest cykliczna impreza ‘Let Your Soul Flow’. Oznacza to, że przychodzą ludzie i występują: czytają wiersze, śpiewają, grają, całkowici amatorzy szukający zrozumienia, półprofesjonaliści i profesjonaliści szukający promocji. Kiedy już weszliśmy okazało się, że na około 100 osób w lokalu jesteśmy jedynymi białymi :). A jeszcze do tego pierwszy występ… facet przedstawiający się jak D’Angelo wygłosił manifest pod tytułem ‘the roots’ na temat rasizmu i dyskryminacji, głośnej sprawy Jenna Six, nierówności społecznych, niewolnictwa, Luizjany etc. Przy tym wszystkim strasznie krzyczał i robił w stronę naszego ‘białego kącika’ różne groźne miny, grzmiąc że to wszystko wina tych białych ‘motherf…s’. Wyglądało to trochę jak scena, w której Forrest Gump wszedł do głównej kwatery Czarnych Panter…

Później były już same występy o charakterze artystycznym. I było naprawdę fajnie. Niektórzy robili autentyczne show, były momenty że śpiewała cała sala. Klimatu się nie da opisać, a niestety zapomnieliśmy aparatu. Co ciekawe nie było chyba żadnego występu jazzowego. Ale i tak było super.

Halloween w DC

sobota, 3 listopad 2007

Do Halloween w Stanach przygotowują się prawie wszyscy. Prawie, gdyż żaden z naszych amerykańskich znajomych nie lubi Halloween i w związku z tym nie udało nam się wybrać na żadną imprezę - co jest beznadziejne, bo nawet widzieliśmy Mrówi na gronie w przebraniu haloweenowym!. Niemnie jednak przygotowania widać. W sklepach jest pełno dyń, różnych dekoracji, zabawek, przebrań etc. W każdym supermarkecie co najmniej dwie alejki są wypełnione słodyczami specjalnie przeznaczonymi na tą okazję - cudeńko: M&Ms ze strasznymi buźkami. Nie robiliśmy zdjęć w sklepach, aczkolwiek warto, gdyż wzieliby nas za przybyszów z trzeciego świata. Domy zwłaszcza w tych fajniejszych dzielnicach są przystrojone już od jakiś dwóch tygodni. Wygląda to naprawdę sympatycznie.

Naszym Halloweenowym akcentem jest dyniowy potwór. Za rok na pewno kupimy dynie i obstawimy nimi nasz bemowski balkon, a niech nas biorą za naśladowców amerykańskiej kultury - dynia 5 dolarów, radość dominiki przy wycinaniu - bezcenne :)

10.31 Haloween

Dzień zaczyna się bardzo normalnie. Dopiero popołudniu jak wracaliśmy do domu, to na ulicach, w metrze pojawia się coraz więcej rodziców z przebranymi dziećmi, część rodziców zresztą też przebrana. Telewizja… na pięciu kanałach filmowych w kablówce leci ‘Halloween’, tu część 4, tam ‘Klątwa Michaela Myersa’, na AMC ’Halloween - Ressurection’, jeszcze na innym kanale ’Zemsta Michaela Myersa’, w zasadzie brakuje tylko dzieła typu Freddy Kruger vs. Michael Myers. Nie trzeba dodawać, że każdy film jest przerywany co 4 minuty reklamami… - tu ciekawa dygresja. W amerykańskiej telewizji nie ma kilku kilkunastominutowych bloków reklamowych. Niektórzy zapewne powiedzą cudownie… A jednak nie. Możemy powiedzieć, że “nasze polskie bloki” są wspaniałe. Wiesz kiedy i przez ile minut. Można iść i zrobić mnóstwo rzeczy w przerwie, herbata, szybki telefon, etc. A tu, w naszych stanach ;) siedzisz i się nie ruszasz, nawet w bok lepiej nie patrzeć. Przejście z filmu do reklamy czasem trudno zauważyć, często się zastanawiamy co to za nowa postać się pojawiła, a tu po prostu jakiś pan reklamuje przepyszne hamburgery. Przerwa trwa 2-3 reklamy i znowu wracamy do naszego filmu, po czym 4 minuty i znowu pan od hamburgerów! i tak w kółko!!! Niegdy nie wiesz, czy teraz będzie 15 minut filmu czy 4 minuty, po prostu siedzisz i czekasz aż znowu Cię zaskoczą! Oczywiście reklamy trwają również bliżej nieokreśloną długość czasu, więc nawet szybki wypad do toalety nie wchodzi w grę :) . Podsumowując możemy przyznać, że mają tu lepszy sposób na zmuszenie widza do oglądania kolesia od hamburgera!

Wracając do tematu… znajomy powiedział, że na Georgetown (to również nazwa dzielnicy) będzie parada halloweenowa. Jest 7.30 pm of course :) idziemy ulicą Lanier St. - tam można zobaczyć na czym dokładanie polega to święto. Mnóstwo dzieciaków, trochę mniej rodziców, wszyscy przebrani - nawet niemowlaki w strojach typu ‘krówka’, ‘tygrysek’ czy ‘Scooby-Doo’. Większość domów z deokracjami: dynie, pajęczyny, kościotrupy, nagrobki - wszystko to naprawdę nieźle wygląda. Mieszkańcy siedzą na gankch i rozdają przebranym dzieciakom cukierki. Wszyscy się świetnie bawią.

Szukamy parady, na kampusie Georgetown nic się nie dzieje. Idziemy więc na główną ulicę. Na M St. jest już całkiem sporo ludzi, którzy przyciśnięci do specjalnie przygotowanych barierek, wypatrują parady.  Im bliżej skrzyżowania z Wisconsin St., tym gęściej. W pewnym momencie nie daje się już przejść. Ludzi można podzielić na trzy grupy. Nieprzebrani turyści (czyli my i Japończycy), część społeczności międzynarodowej z DC i przebierańcy. Niektóre przebrania, a zwłaszcza maski i kostiumy, są naprawdę niezłe. Facet przebrany za Kingkonga jest najlepszy! Sporo facetów przebranych za drag queen, oczywiście jest też kilku Michaelów Myersów, jest JigSaw. Stajemy przy skrzyżowniu - to tam ma przejść parada. O 9.30 policjant zaczyna krzyczeć do tłumu, że parada jest odwołana, że nie ma sensu stać!!. Niemnie jednak wszyscy nadal stoją i czekają… Po kilku minutach stwierdzamy, że może jednak policja coś wie i nawet może ma rację więc podejmujemy próbę przeciśnięcia się chodnikiem w kierunku domu. Nie było sensu. Chyba całe miasto przyszło na paradę i niestety nie zaufało słowom policjanta. Wszyscy wciąż tam stali i nie było żadnej możliwości przejścia!! W końcu udało nam się przedrzeć do jednej z bocznych uliczek i nadkładając dobre pół kilometra udać w stronę domu - ciekawe zatem jak to jest w Sylwestra na Times Square?? trzeba stać aż do rana?? Ewcia, o której mogłaś zacząć wracać do domu? :)

 Przed 23.00 docieramy do Five Guys na ćwierćfunciaka z serem. No i tak pysznie kończy się Halloween :)