Archiwum z miesiąca: październik, 2007

Lekcja historii - wpis do zdjęć “Arlington Cementary” - uwaga nudne :)

wtorek, 30 październik 2007

Skoro widzieliście już zdjęcia z Arlingotn Cementary, to należy się wam również komentarz do całej wyprawy. Wycieczka trwała aż 7 godzin, niemniej jednak było warto. Przewodnikiem był autentyczny fascynata tegoż właśnie cmentarza, który zresztą sam podkreślał, że gdyby mu zadać pytanie na jakikoliwek inny temat niż związany z Arlington Cementary zapewne nie miałby nic ciekawego do powiedzenia! Nam też trudno w to uwierzyć… Facet opowiadał w zasadzie non-stop, a na koniec powiedział, że sporo rzeczy pominął :)

Zapewne nikt z Was nie oglądał  Listów z Iwo Jimy… (jedynie Ewelina, która wysiedziała, a raczej przespała z nami do 1.30 w Arkadii). A właśnie zdjęcie z tej bitwy stało się najbardziej popularną fotografią z czasów WWII. Prezydent Eisenhower jak zobaczył zdjęcie, to stwierdził że idealnie przedstawia patriotyzm i męstwo amerykańskich żołnierzy. W ten sposób powstała ogromna rzeźba, najważniejszy pomnik ofiar IIWW. Niestety ściągnięci do kraju bohaterowie nie poradzili sobie z ciężarem sławy - byli powszechnie rozpoznawani, ale zmarli w samotności i ubóstwie, tylko jeden z nich dożył godziwie sędziwego wieku. 

Niezwykle ciekawa jest historia powstania cmentarza Arlington. Przed wojną secesyjną tereny te stanowiły własność generała Roberta E. Lee, jednego z najwybitniejszych dowódców armii amerykańskiej. Kiedy jednak okazało się, że stan Virginia (gdzie znajdował się dom generała) przyłączył się do Południa, gen. Lee po nieprzespanej nocy postanowił poprzeć właśnie Konfederatów. Akt ten został uznany za zdradę, tym bardziej że dzięki geniuszowi gen. Lee wojna trwała o wiele dłużej niż powinna. Były przyjaciel generała (dowódca Północy, niestety nie zapamiętaliśmy jak się nazywał), którego syn został zastrzelony przez szpiegów Południa, postanowił zemścić się na generale. Rozkazał żołnierzom, żeby wokół domu gen. Lee pochować zwłoki poległych. Tak właśnie powstała gigantyczna nekropolia… Położony na wzgórzu dom gen. Lee jest nadal centralnym miejscem cmentarza. Obecnie znajduje się w nim muzeum.

Sam cmentarz jest utrzymany w konwencji ogromnego parku. Ponieważ nie ma tam tradycji składania kwiatów ani  zniczy,  Arlington jest miejscem gdzie można się po prostu udać na spacer. Nagrobki są w większości skromne - zwykle tylko informacja o nazwisku żołnierza, stanie z którego pochodził i data śmierci. Na Arlington pochowani mogą być tylko żołnierze, którzy zginęli na polu chwały walce, szczególnie się zasłużyli armii lub uzyskali zgodę władz wojskowych. Na cmentarzu odwiedzieliśmy sporo ciekawych grobów :). Żaden żart - byliśmy u pra-pra-pra-prawnuczki Pocahontas (pierwsza autorka amerykańskiej książki kucharskiej), najmłodszego żonierza US Army (11-letniego dobosza, który wsławił się odwagą w czasie Wojny Secesyjnej), prezydenta JF Kennedy’ego i niedoszłego prezydenta R. Kennedy’ego, boksera Joe Lewisa, kilunastu generałów, sędziów Sądu Najwyższego, Audiego Murphy’ego (najbardziej odzaczonego żołnierza IIWW) i wielu innych których w tym momencie niepamiętamy. Co ciekawe, większość nagrobków jest zaokrąglona - wyjątek stanowią kańciaste nagrobki Południowców. Dlaczego? Żeby na nich nie siadać… 

Ciekawa historia jest związana z grobem JFK. Kiedy na tydzień przed zabójstwem Kennedy składał na cmentarzu kwiaty,  stojąc na zboczu wzgórza, zachwycał się panoramą DC i powiedział, że mógłby tu spędzić wieczność. Nie wiedział, że były to słowa prorocze…  Jego brat, Robert, spytał się studenta będącego świadkiem tych słów, w którym dokładnie miejscu zostały one wypowiedziane. Dzięki temu JFK został pochowany dokładnie w tym miejscu. Zastrzelony kilka lat później Robert został na swoją prośbę pochowany najbliżej brata. Na jego grobie znajduje się jedyny na całym cmentarzu krzyż.

Kulminacyjnym momentem wycieczki była zmiana warty przy grobie nieznanego żołnierza. Tutaj jest to naprawdę prestiżowe wydarzenie - 300 żołnierzy jest oddelegowanych tylko do tej służby.  Wspaniali młodzieńcy w okularach typu Top Gun demonstrują niezwykłą sprawność w operowaniu bronią, krok marszowy wzbudza jednak w widzach radość (wg. Dominiki przypomina on odwrócony krok a’la Jackson). Zmiana warty odbywa się co godzinę, choć wcześniej była nawet co 30 minut.  

Na koniec jeszcze trochę osobistych odczuć. Ludzie często śmieją się z amerykańskiej mitologii, patriotyzmu i historii - czy jednak nie za szybko? Cmentarz Arlington jest wzorowym przykładem budowania tożsamości narodowej i przypominania odwiedzającym go ludziom o tych wszystkich, którzy to państwo budowali. Jest to oczywiście propaganda sukcesu, ale absolutnie pozytywna. No i przy okazji fantastyczna lekcja historii.  

Wybory w USA

poniedziałek, 22 październik 2007

No i co z tymi sondażami… znowu okazało się, że są niezbyt dokładne. Ale tym razem w drugą stronę; czyżby jakiś anty-układ? Na szczęście nikt się nawet nad tym nie zastanawia, a większość czytelników pewnie się cieszy z ostatecznych wyników. Zobaczymy jak nowa ekipa się sprawdzi. Aczkolwiek przypomnijcie sobie jakim negocjatorem jest WP :)

U nas wybory odbyły się ze względu na różnicę czasu w sobotę. Rejestracja była bardzo prosta - wystarczyło wysłać maila z danymi z paszportu 5 dni przed wyborami i można było zagłosować. W lokalu wyborczym w ambasadzie RP w DC (300 m. od naszego apartamentu) ludzi bardzo dużo. Spotkaliśmy nawet znajomego polonusa z rodzicami - głosowali pierwszy raz od 1989 r. Frekwencja bardzo wysoka - myślę, że głównie dzięki Internetowi gdzie można oglądać już niemal wszystko: debaty, Lisa, wiadomości, to jest naprawdę niesamowite. Preferencje Polonii… co ciekawe zdecydowana większość to elektorat PIS, DC było pod tym względem raczej wyjątkiem. Wytłumaczenie? Większość głosujących to osoby bez wyższego wykształcenia, raczej więcej osób starszych niż młodszych. Nawet nasz współlokator - Maciek (25l.) wahał się na kogo głosować, ale przeprowadziliśmy skuteczną indoktrynację :) . Przejrzałem dzisiaj komentarze amerykańskiej prasy (Polska nie jest dla nich za ciekawa… - na razie tylko raz napisali o eksmisji betanek) i przewijają się głównie wątki, że nowy rząd będzie chciał się wycofać z Iraku (to nawet było na Al-Jaseerze) i że będzie prowadził politykę bardziej proeuropejską niż proamerykańską. Polecam też prasówkę europejską, naprawdę refleksyjna.

Co do imprezy vol. 3… mogę tylko odpowiedzieć na pytanie Mańka: pierwsza była Dominika :) . I pomyśleć o części bloga chronionej dostępem :) Generalnie zaległych tematów do opisania robi się sporo, na pewno będzie o tym jak Szwajcarzy widzą Polskę i jej kierowców, jak można zrobić fajny cmentarz, o tym dlaczego Amerykanie wierzą w zagrożenie terroryzmem, o nabyciu trendy białych tenisówek, dlaczego uniwersytety amerykańskie są lepsze, skąd JK Rowling wzięła pomysł na Hogwart, o tym jaki wygląda w DC haloween, oczywiście ocenzurowana wersja bounce vol. 3 i 4, no i o przygotowaniach do Świąt - w sklepach są już choinki :)

Dominika w biurze U.S. Citizenship and Imigration Services

czwartek, 18 październik 2007

Skoro zostałam wywołana do tablicy.. W sobotę 13 października o godzinie 13.00… - chyba celowo taką datę wybierają! miałam stawić się w biurze celem złożenia odcisków palców i “dokonania pomiarów biometrycznych”. Można by się długo zastanawiać dlaczego trzeba tą czynność tyle razy powtarzać: 1 raz w ambasadzie USA w Warszawie, 2 raz na lotnisku w DC, no i 3 raz w owym biurze.

Ale zacznijmy od początku. Dzień przed zaplanowaną wizytą, żeby wszystko odbyło się bez niespodzianek , sprawdziliśmy jak dokładnie dojechać do tego urzędu (miałam jechać sama, ponieważ w piśmie wyraźnie podkreślono, że nie ma tam dużo miejsc siedzących i tylko ludzie wymagający opieki mogą z kimś przyjechać). Trzeba było wyjść o 11.00 żeby na 13.00 bez problemu dojechać (ktoś to cudownie wymyślił i usytuował biuro mniej więcej 20 km od centrum Waszyngtonu). Niemniej jednak komunikacja ma całkiem dobrze zrobioną stronę internetową, gdzie można sprawdzić dokładnie ile czasu skąd dokąd i za ile się przemieszczać. Tak więc w sobotę za pięć jedenasta dla upewnienia się , w który autobus mam się przesiąść magiczny system pokazał, że na miejscu będę punkt 14.25… Taaaa, okazało się że remontują jedną z linii metra i trzeba jechać innym nadkładając 40 minut! Niemniej jednak przemieściłam się na drugi koniec miasta w niezłym tempie i o 12.30 miałam złapać autobus, który jechał bezpośrednio na miejsce. Według Dominika, z którym byłam w stałym kontakcie operacyjnym – mamy połączenia za darmo między sobą :) - autobus w ciągu 27 minut miał mnie zawieźć na miejsce! Wszystko tak się cudownie układało, aż nie wierzyłam, że jednak na czas dostarczę im moje odciski!. Jakie było moje zdziwienie jak po wejściu do autobusu kierowca stwierdził, że wie gdzie jest adres, który mu pod nos podtykam, ale on tam nie jedzie!!! Brzmiało to mniej więcej tak:

Ja: Może mi pan powiedzieć, kiedy mam wysiąść

Kierowca: Tak, ale ja tam nie jadę

Ja: ?? przecież to 151 i ten autobus tam jedzie

K: Tak , ale nie tym razem

Ja: Halo?? Jak to nie tym razem??

K: Jadę, jadę, ale nie teraz. Teraz jadę tu i tu. Teraz jedzie tam autobus 171

Myślałam, że padnę – jadę , ale nie teraz!!! Najlepsze jest to, że wszystko słyszał Dominik w słuchawce, bo pewnie bym mi nie uwierzył, że autobus, który gdzieś jedzie, jednak tym razem tam nie jedzie!!

Po sprawdzeniu, o której odjeżdża 171 – za 50 minut czyli o 13.40 poddałam się i wzięłam taksówkę. Przynajmniej wiedziałam, że w końcu tam dojadę. Niemniej jednak taksówkarz nie był typem polskiego taksówkarza i odległość kilku kilometrów pokonywał dobre 25 minut w zaskakującym tempie ok. 25 mil na godzinę, stojąc jak łoś na każdych światłach, których trochę było.

No nic, dojechałam, płacąc 25 razy więcej niż za bilet autobusowy, trudno, w końcu byłam u celu wyprawy.

W środku były może dwie osoby, więc pewnie przyjeżdżając 5 godzin później nikt by tego faktu nie odnotował, no ale nic, ja byłam na czas! Przy wejściu wręczono mi kwestionariusz pytając czy mam telefon komórkowy. Odpowiedziałam, że tak, mam telefon ale już go wyłączam, na co pani odparła żebym zaniosła go do swojego samochodu!!!!!! W Polsce zapytałabym wprost czy ma na myśli autobus 151, którym tu przyjechałam, czy może taksówkę. No ale nic, odpowiedziałam grzecznie, że nie posiadam takowego, na co ona wielkim czerwonym pisakiem na moim kwestionariuszu napisała: Has a phone!!! Nie wiem po co, nie pytałam, przyjęłam z pokorą i zaczęłam wypełniać. Pytania standardowe plus na deser dwa najciekawsze: waga w funtach… Gdyby nie nasza waga w zoo na gepardy nie miałabym pojęcia ile funtów ważę! Znając odpowiedź na to podchwytliwe pytanie, z uśmiechem wypełniłam rubryczkę przechodząc do kolejnego – wzrost w stopach i calach!!!!!!!! Wtedy się już podłamałam, w zoo mnie ważą, ale niestety nie mierzą… Zaczęłam od tego, że mam 5 stóp – to wiem, ale nadal 150 cm to trochę za mało więc musiałam coś w calach wpisać. Być może dla czytających bloga to oczywiste, ale ja nie wiedziałam ile cali to stopa więc żeby nie przesadzić wpisałam 20. Zadowolona, że jednak przebrnęłam do końca, udałam się do pana w recepcji, który DOKŁADNIE przejrzał moje odpowiedzi, po czym odesłał mnie na pobieranie odcisków. Wszystko zajęło może 5 minut. Z podróżą 4 godziny i 5 minut.

Po powrocie najpierw pośmialiśmy się z Dominikiem z autobusu, który jechał w bliżej nieokreślonym kierunku a następnie opowiedziałam mu, o kwestionariuszu i o tym, jak dzielnie podałam swoją wagę i wzrost. Nie wiedziałam czemu, ale Dominik miał z tego jeszcze więcej radości niż ja, śmiejąc się kolejne pięć minut. Jak się okazało, stopa ma 12 cali, zatem dokładnie mierzę 6 stóp i 8 cali czyli więcej niż Jordan!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Rewelacja, ciekawe, że pan chińczyk z recepcji nie odnotował faktu, że ledwo znad lady wystaję!!!!!!!

Myślę, że razem z pozwoleniem na pracę dostanę propozycję gry w Washington Wizards :) , :) .

Bounce w DC vol. 2

wtorek, 16 październik 2007

Drugi weekend w przyniósł nam zdecydowanie intensyfikację imprezowania. Wiadomość numer jeden - w DC jest Luksus, i to do tego w pełni oryginalny rozlewany w Polsce, tylko jest etykietka inna (w następnym zestawie zdjęć się pojawi) no i objętości też inne. Przykładowo 1,75 l. kosztuje 25$. Jeżeli ktoś się więc obawiał jak można przeżyć w Stanach, to zdecydowanie daje radę.

Można powiedzieć, że mamy pierwszych znajomych. Cyrill i Stefanie są ze Szwajcarii; Cyrill jest tak jak ja visting researcherem na Georgetown, z tą jednak różnicą że rząd Szwajcarii płaci mu za tą przygodę około 5000$ miesięcznie :). Wybraliśmy się do naszego zagłębia imprezowego na 18th St., namierzyliśmy sympatyczną knajpkę malezyjsko-singapurską, później wpadli jeszcze ich znajomi z NYC którzy akurat wpadli do DC. Po kilku piwkach (piwo TIGER) dla jednych lub kilku szklaneczkach sake na lodzie uderzyliśmy do pobliskiego klubiku z turecką muzą. Bar i parkiet wzięty - brakowało mi tylko koszulki z orłem :). W drodze powrotnej kolejny obowiązkowy punkt każdej wycieczki w DC: Jumbo Pizza - powiem tylko, że nawet Piotrunio nie dałby rady. Nam wystarczył jeden slice.

Sobota. Dominika była w urzędzie :) - to jest osobna historia ilustrującą dziwność tego kraju, może ją namówię żeby opisała. Ja “oglądam” mecz, tzn. patrzę się przez webcam telewizor w Wawie :) i słucham przez skype’a jak redaktor Zimoch z Polskiego Radia opisuje czuprynę Smolarka. Wieczorem idziemy do Cyrilla i Steffi na grilla. Sympatyczny apartament, tuż przy uniwersytecie (2000$/m.), na dachu leżaki, stoliki i gigantyczny grill dla domowników. Na sąsiednim dachu mają basen. Naprawdę sympatycznie. Cyrill jest wielkim fanem Polski, polskiej kultury i naszych narodowych trunków. Tak więc były luksusowe burgery. Sporo, ale nie za dużo. Większość zaliczyła jednego szota tak żeby zobaczyć jak to jest. Polska dwuosobowa reprezentacja dała radę. Cyrill (u)ratował honor Szwajcarii :)

W przyszły weekend wybory. My głosujemy już w sobotę w ambasadzie, która jest dokładnie rzut beretem od nas. Wieczorkiem w sobotę pewnie będzie mini-impreza, przyjeżdza Bużan z Jagodą, wpadnie Cyrill ze Steffi, może jeszcze Ivana z Chorwacji. Jeżeli ktoś będzie do późnych godzin imprezował, to zawsze możemy strzelić telekonferencyjkę. Tego jeszcze nie było.  No i jeszcze może się na koniec pochwalę - dla biegających to pewnie żaden wyczyn, ale zrobiłem życiówkę na 5 km - 24:08 :).

US Sports

środa, 10 październik 2007

Amerykanie mają na punkcie sportu bzika. Oczywiście jest grupa oportunistów, którzy uprawiają różne dyscypliny wyłącznie na plejstacji, ale ludzi którzy rzeczywiście coś robią jest dużo. Można wręcz powiedzieć, że uprawianie sportu jest elementem powszechnego tutaj kultu doskonałości. Codziennie można spotkać bardzo dużo osób biegających (część przygotowuje się do maratonu, część odchudza, część po prostu lansuje ;) ) i jeżdżących na rowerach (podobnie). Rozpiętość wiekowa - w zasadzie nieograniczona, raz spotkaliśmy nawet starszego pana który wręcz zaprzeczał prawom biologii

W weekendy następuje eksplozja aktywności sportowej. W samym centrum, w parkach i na trawnikach ludzie grają we frisby drużynowe, soccer, na specjalnych boiskach w baseball, futbol amerykański i rugby. I nie oszczędzają się.  Na uniwersytecie (zwłaszcza w collegu) sport też jest bardzo ważny. Członkostwo w szkolnej drużynie jest niemalże źródłem prestiżu społecznego.

Jeżeli chodzi o popularność poszczególnych dyscyplin, to na pierwszym miejscu jest chyba futbol amerykański (NFL), dalej baseball (MBL) i basket. NBA jest chyba bardziej elitarna, głównie ze względu na ceny biletów. No właśnie! W styczniu (wcześniej były wykupione!) idziemy na mecz Wizards vs. Celtics. Miejsc niestety nie mamy rewelacyjnych, ale te fajniejsze kosztowały od 250$ (za takie sobie) do 750$ (naprawdę fajne). No ale zobaczymy to wszystko na żywo, więc i tak będzie fajnie.

Jeżeli chodzi o nas, to my przede wszystkim skuteczniamy walking :). W Nowym Jorku przeszliśmy koło 12-14 km., DC jest trochę mniejsze ale też trochę się ruszamy. Do tego trochę joggujemy, no i mamy prywatny gym&fitness (mały bo mały ale zawsze jest). Niestety nie zorganizowali NikeRunDC :(.

Bounce w DC

poniedziałek, 8 październik 2007

Imprezowanie w DC. Do minionego wczoraj nie poznaliśmy chyba żadnej osoby lubiącej imprezowanie. W piątek wpadł nawet Michal, który właśnie zdawał po raz 4. GMAT… Niestety okazało się, że on w sobotę musi wstać o 6 rano, bo się przygotowuje do maratonu i ze znajomymi planują przebiegnięcie 20 mil… (w tempie 1 mila w 8 min.). Tak więc ‘polska’ impreza’ specjalnie nie wypaliła. Z maratonami w ogóle tu jest śmiesznie - wszyscy chcą startować, ilość miejsc ograniczona, wpisowe 200$, miejscami handluje się na e-bay, organizatorzy wymagają wykazania się odpowiednią życiówką…

No ale wczoraj spotkaliśmy Jagodę (większość czytelników powinno ją znać z widzenia), która przyjechała do DC odwiedzić znajomego Libańczyka, pracownika World Banku.  Farrid okazał się super-mega-fancy-trendy imprezowiczem, kosmopolitycznym miłośnikiem sushi, wódki, okularów Ray Ban i pokazał nam ‘jak to się robi w DC’ (łącznie z demonstracją know-how wyrywania hot lasek na paszport United Nations) . Po dłuższej rozgrzewce w naszym apartamencie poszliśmy do klubu typu ‘no name’ na rogu 18 i Connecticut - jak się później okazało największym zagłębiu clubbingu w DC. Zwykłe drzwi między spożywczym, a sklepem z materacami, żadnej selekcji, sprawdzali tylko ID (jak im machaliśmy polskimi dowodami, to byli lekko zdezorientowani) i kasowali 10 bugsów (jest to raczej wyjątek - ale też miejsce ponoć bardzo wyjątkowe). Sam klub - całkiem sympatyczny i kameralny, duże patio, ludzie raczej ubrani elegancko, towarzystwo zdecydowanie międzynarodowe. Większość popijała drinki, browarek lub wino, shoty raczej rzadziej. Nie zauważyliśmy nikogo kto uskuteczniał hasło typu ‘bar wzięty’. Ludzie strasznie sympatyczni, bardzo łatwo i chętnie nawiązują kontakt.  Co do cen - shot 6$, drinki od 6$. Co ciekawe prawie wszystkie kluby w DC są zamykane o 3, tylko dwa są czynne do 5 (w jednym z nich właśnie byliśmy). Około 2.30 padło hasło idziemy na burgera :) Na ulicy dosłownie dziki tłum ludzi. Bar z najlepszymi burgerami (obowiązkowy punkt wizyty w DC) w mieście jakieś 20 metrów obok. Półfunciak z serem na głowę i do domciu.

Ciekawie zorganizowana jest komunikacja taksówkami. W obrębie ścisłego centrum (zone 1)za każdy kurs płaci się 6,50$ + 1,50$ za każdego następnego pasażera. Za kurs z zone 1 do zone 2 (a,b,c,d,e…, promień około 7 km. od centrum) płaci się analogicznie 8,80$ + 1,50$ od pasażera.  Jeżeli się jedzie z jednej z zone 2 do innej, to płaci się analogicznie 11,50$+1,50$. Jeżeli się jedzie dalej, to już według licznika. Niektóre zasady są śmieszne - jeżeli się jedzie we dwie osoby i wysiada w dwóch różnych miejscach, to każda płaci oddzielnie. Jak wracaliśmy do domu, to nasz kierowca nagle się zatrzymał i mieliśmy jeszcze jedną pasażerkę…

Mamy też zapowiedź pierwszego gościa - za 2 tygodnie wpada Bużan z Jagodą :)