Mission: finished

niedziela, 29 czerwiec 2008

Tak, tak… to już ostatni wpis. Ostatni tydzień zleciał błyskawicznie… ostatnie spotkania ze znajomymi, z profesorami, ostatni burger w 5GUYS, ostatni spacer do Zoo. To był niesamowity rok, absolutnie niepowtarzalne doświadczenie… no ale czas wracać. Na koniec lista rzeczy, które w D.C. są fajne:

1.) pogoda, każdy lubi jak jest ciepło i słonecznie, a tutaj było tak do połowy listopada i w zasadzie od początku kwietnia, a w między większość dni była słoneczna, żadnych opadów i zachmurzenia typu “pogoda się ustabilizowała”; choć teraz to jest naprawdę ostro… wilgotność 100%, 30C - a będzie jeszcze cieplej i wilgotniej.

2.) nie ma dymu, palenie jest to zdecydowanie w odwrocie. żaden powód do dumy, a wręcz rzecz z którą ludzie się kryją, chyba nawet jest zależność między stopniem zamożności a niepaleniem. Ale najważniejsze jest to, że zakaz palenia obowiązuje w restauracjach i klubach. A właściwie nie tyle, że obowiązuje co jest egzekwowany - ryzyko 1000$ fine działa :) no i nie ma podziału na stoliki dla palących i niepalących. No i nie ma tego strasznego zapachu…

3.) świeże rybki i owoce morza… mniam

4.) gym - sześć dni w tygodniu: basen, raquetball, siłownia, koszykówka, equliptium (tzw. łyżwy), soccer. U nas ciężkie do zrealizowania: czas, pieniądze i chyba nadal brak infrastruktury; no i do tego kultura bycia sprawnym i wysportowanym - nadawga jest po prostu passe ;)

5.) uroki małego miasta - życie bez samochodu w DC jest piękne. Metro i autobusy pozwalają dojechać w zasadzie wszędzie. A jak już samochód jest niebędny, to go można pożyczyć za $60 na dzień. A do tego w małym mieście jest infrastruktura społeczna metropolii. Idealne połącznie.

6.) sprawy, które powinny być proste do załatwienia, można załatwić bardzo szybko; np. czy wyobrażacie sobie żeby zamknięcie w Polsce rachunku bankowego trwało 3 minuty… i było związane ze złożeniem jednego podpisu

6.) brak takich idiotyzmów urzędniczych uniemożliwiających normalną egzystencję…, jedyną uciążliwością była tak naprawdę kolejka (90 min.), którą zresztą można było ominąć składając wniosek on-line…, brak takiej codziennej paranoi typu “nie ma takiego miasta Londyn”;

7.) ceny… w związku z obecnym kursem dolara nie trzeba chyba mówić, że wszystko jest tu tanie, żeby nie powiedzieć bardzo tanie: elektronika, ubrania; markowy garnitur za $200 etc., wyjątkiem są usługi które są droższe, niekiedy nawet znacznie

8.) Haagendazs i ColdStone - mniam…, niby w Wawie już jest, ale w ogóle to za wyborem lodów już tęsknię…

Pewnie można by znaleźć jeszcze kilka argumentów “za”, ale to mi przyszło do głowy w pierwszej kolejności. 

Czas podsumowań

wtorek, 24 czerwiec 2008

Strasznie smutny moment. Z jednej strony głębokie poczucie, że Mission: Washington dobiega końca i że czas wracać do tych wszystkich, którzy jeszcze mnie pamiętają ;), z drugiej strony spotykam się i żegnam z ludźmi, których już najprawdopodobniej nigdy nie zobaczę; odwiedzam po raz ostatni miejsca, w których bywaliśmy przez ostatni rok. Żegname miasto, którego oczywiście nie znam tak jak na przykład Warszawy, ale o którym mimo wszystko mogę powiedzieć że było moim miastem…

Chorwackie lzy…

piątek, 20 czerwiec 2008

Wlasnie ogladalismy z Ivana mecz Chorwacja - Turcja. Nie byl to “sportowy spektakl” jak mawia redaktor Szpakowski, ale koncowka byla naprawde nieprawdopdobna. Ivana byla juz tak rozemocjonowana, ze az napoczela Luksus ktory akurat byl pod reka. No ale potem byly juz tylko lzy :( i mialem okazje poznac caly repertuar chorwackich wulgaryzmow - w sumie sa na tyle podobne, ze nawet nie trzeba tlumaczyc… W sumie to szkoda Chorwatow, no ale niestety jak sie nie strzela goli i nie trafia karnych, to sie nie wygrywa. A w niedziele juz sie umowilismy ze idziemy ogladac mecz razem ze znajomymi Hiszpanami. :)

Boston!!!

środa, 18 czerwiec 2008

To miały być finały marzeń i były absolutnie fantastyczne. Każdy mecz miał swoją dramaturgię i bohatera. Ostatni mecz nr 6 w Bostonie zakończył się absolutną masakrą Lakersów (40 pkt.). Okazało się jednak, że Kobe Bryant choć koszykarzem jest wielkim, to nie potrafi wygrywać meczów tak jak to robił MJ. Boston wygrał zasłużenie, Pierce został MVP, Allen rzucił 22 razy za 3 pkt w finałach, Garnett się popłakał, a Doc Rivers zakończył z wiadrem Gatorade’a na głowie. Ostatni mecz oglądałem z Aaronem, kibicem Celtics, który żałował tylko że go nie ma w Boston Garden. A w Bostonie zaczyna się teraz wielka feta! Dla mnie to był niestety ostatni mecz… a na następny przyjdzie trochę poczekać, bo jakoś nie wierzę w to żeby nasze telewizje były w stanie zorganizować transmisje NBA w Polsce.

Mecz…

czwartek, 12 czerwiec 2008

Zanim napiszę o kolejnych etapach Eastcoast trip, prosto i na żywo z “Market Cafe” w Georgetown Law Center :) Oglądamy mecz, oprócz mnie siedzi kilku Amerykanów, chłopak z Argentyny i dwóch Koreańczyków. Poza standardowymi pytaniami o wymowę nazwisk (kśinufek), muszę tłumaczyć dlaczego nasi zawodnicy tak wolno biegają, no i oczywiście czy w Polsce jest dużo mniejszości…, no i jeszcze o arkanach naszego rozgrywania piłki w środku pola przez naszych stoperów… Przez pierwsze 30 minut robiliśmy tylko głębokie “ufff”, koledzy mnie pocieszali - że Polacy w sumie nie grają źle i w ogóle. No ale później strzelili (a właściwie Roger strzelił) gola, więc musiałem tłumaczyć o nadawaniu obywtelstwa  i naszych strasznych bliźniakach.

Co ciekawe realizacja TV na ESPN jest naprawdę fajnie przygotowana. Jak czytam o naszych polskich komentatorach, a zwłaszcza “ekspertach”, to wydaje mi się że tutaj to wygląda lepiej. Nie ma tych wymuszonych dowcipów, a w studiu są przede wszystkim dziennikarze sportowi (i to telewizyjni a nie prasowi). No ale jak donosi Dominika, redaktor Zimoch jest absolutnie nie do pobicia :)

Na moim stoperze 52 min. Cały czas 1:0. Przed chwilą mogło być dwa do zera ale Smolarek nie trafił…  

***

Nie wiem jak to wygląda w Polsce, w ESPN Guerreiro jest już prawie gwiazdą, gra Boruca jest określana jako terrific, dużo jest o Krzynówku. I tyle… reszta chłopaków jakoś się nie rzuca w oczy :)

***

U nas już 71 minuta. Koreańczycy się pytają, czy widzę jakieś szanse żeby mogli znaturalizować Krzynówka, bo nie mają u siebie zawodnika z taką krzepą w nodze. Przyszedł na chwilę Anton z Austrii, ale jak zobaczył wynik, to sobie poszedł. Amerykanie się zastanawiają czy nie można by wziąć 11 chłopa z Brazylii i Argentyny i ich znaturalizować :)

***

Po meczu. Amerykanie przekonywują mnie o wyższości footballu nad soccerem. Moje tłumaczenia, że w sumie był faul, że Austriacy mieli więcej z gry etc. są tak mało przekonywujące że sam w nie wątpię. Przychodzi Anton i wyjeżdza, że dzisiaj bóg był Austriakiem… rozpoczynamy polemikę na tematy piłkarsko-religijne. Tak w ogóle, to wychodzi, że Austriacy musieliby wygrać z Niemcami, a my z Chorwatami. To niestety też nie jest przekonywujące.

Eastcoast trip - vol. 1

wtorek, 10 czerwiec 2008

Wycieczka po wschodnim wybrzeżu zakończona. Było bardzo intensywnie. Niesamowicie gorąco (w centrum NYC w otoczeniu rozgrzanych wierzowców było koło 40C). Na początek Princeton, New Jersey - każdy Amerykanin jak mówi skąd jest, to zazwyczaj dodaje nazwę stanu, aż się przypomina fragment z Forresta Gumpa, kiedy się zastanawiał skąd był Tex… - o Princeton już trochę było pisane; tym razem miałem okazję wziąć udział w dwóch dość szczególnych uroczystościach znanego czytelnikom Maćka: hooding (czyli przypinanie do tog tradycyjnych kapturów akademickich) oraz commencement (czyli uroczyste zakończenie studiów, czyli impreza z rzucaniem w górę czapek), a także w kilku pomniejszych imprezach mniej lub bardziej oficjalnych. Po raz kolejny mogę powiedzieć, że potęga amerykańskich uniwersytetów jest związana z pieniędzmi -w porównaniu do Princeton nawet Georgetown czy Columbia prezentują się ubogo… Przy okazji commencement zrozumiałem jednak źródła tego bogactwa - absolwenci collegu to zazwyczaj bardzo bogate dzieciaki, które po odebraniu starannego wykształcenia i przejściu przez mariaż fortun (A: - mój syn właśnie skończył Princeton, B: - a to się świetnie składa, musimy go poznać z naszą Mary która kończy w przyszłym roku Harvard) stają się jeszcze bogatsze i chętnie dzielą się ze swoją Alma Mater. Zjawisko to ma skalę masową, a Uniwersytet  naprawdę się stara żeby alumnowie się dobrze bawili… Jak donoszą niepotwierdzone źródła tzw. reunions (coroczne spotkania alumnów) są największym prywatnym zamówieniem trunków w Stanach (a więc pewnie globalnie również), ja niestety przyjechałem jak już sprzątali - choć nadal było widać, że impreza była na dobre kilkanaście tysięcy ludzi. Absolwenci graduate school (magistrowie) i doktorzy stanowią kapitał i zaplecze intelektualne :)

Pobyt w Princeton jest doświadczeniem dosyć niezwykłym… wyobraźcie sobie miasteczko gdzie wszystko się kręci wokół uniwersytstu, gdzie ceny nieruchomości są na tyle wysokie, że właścicielami są tylko osoby bardzo bogate, a rynek najmu jest ograniczony do studentów… zwykli pracownicy najczęściej mieszkają w pobliskim Trenton i dojeżdzają. Takie swoiste getto luskusu, sprawiające wrażenie lekkiego oderwania od rzeczywistości. Dużo lasów, jeziorka, świeże powietrze…

Newsy

niedziela, 1 czerwiec 2008

1. Mój nowy apartament, a właściwie pokój, jest bardzo w porządku. Najbardziej podoba mi się to, że właśnie siedzę na werandzie, jest cicho i ćwierkają ptaszki. Współlokatorzy - 4 amerykanki, sprawiają wrażenie trochę roztrzepanych, ale bardzo sympatyczne. Jest mały bałaganik, wreszcie nie mam poczucia winy, że zostawiłem kubek na wierzchu. Do uczelni jest 25 minut. Tak więc rewelacja.

2. Dzisiaj jak skończyłem rozmawiać z Maćkiem, zaczepił mnie sympatyczny afroamerykanin i zapytał w miarę poprawną polszczyzną co robię na Georgetown… Facet okazał się Kenijczykiem, który spędził za młodu kilka lat w Polsce i nauczył się naszego języka. Śmiesznie.

3. Rano jadę do Princeton razem z 40 funtową paczką, która zamierzam wysłać do Polski i która ratuje mnie nie tyle przed nadbagażem co koniecznością selekcji typu “co zostawiamy w Stanach”. Wysłanie 40lbs kosztuje w UPS jakieś $1100, w Fedexie $800, na poczcie koło $200, a w agencji Polonez $60. Żałuję tylko że nie pojechałem do Princeton dzisiaj, bo mają tam niezłą zabawę - jest kilkudniowa impreza dla alumnów, na którą zjechało jakieś 10.000 ludzi… Jak mówi “nasz człowiek” z tamtego rewiru, całe miasto “popłynęło jak dzikie”.

4. Finał marzeń :) Lakers - Boston. Jak za bardzo starych, dobrych lat. Jak na razie obydwie drużyny grały rewelacyjnie u siebie. Więcej argumentów przemawia więc za Celtami. Obstawiam 4:3 dla Bostonu.       

5. Z cyklu “wesoły facio” kolega naszego kolegi Bużana postawił sobie ciekawe zadanie wakacyjne - zostać jedynym turystą w Somalii (bodajże najbardziej niebezpieczny kraj do podróżowania, w zasadzie bez funkcjonujących struktur państwowych, kraj typu: każdy człowiek ma swój karabin). Nie wiadomo dokładnie co nim kierowało, ale ponoć są zakłady czy pojawi się jeszcze w NYC czy też nie. Bużan w sumie też nie odstaje i jedzie na staż do Chartumu… 

Domi w Wawie

piątek, 30 maj 2008

Zauważyłem taką prawidłowość: na samym początku naszej “mission” przyszło takie zachłyśnięcie kulturowe i czas biegł szybko tak przez jakieś 2-3 tygodnie, potem do świąt to się tak ciągnęło i ciągnęło, potem do przyjazdu Eweliny ciągnęło się ale już trochę mniej, a potem nagle przyjechał Maniek, zaraz potem pojechaliśmy do Kalifornii i nagle Dominika już wyjeżdza… W tym momencie już jest pewnie na Atlantykiem, za jakieś 6 godzin w Zurichu, a za 11 w Wawie. Tak więc ostatni miesiąc będę doświadczał emigracji w samotności.

W nowym apartamencie, w podobonej lokalizacji - z czwórkę amerykańskich ‘young professionals’ 0 których tak naprawdę nic nie wiem :) Ale bardziej spokojni i pozbawieni asertywności niż Maciek i z większą psychozą czystości niż Klaudia, to zapewne nie będą… W niedzielę jadę do Princeton na commencement (uroczystość z okazji ukończenia studiów) Maćka K, później jeszcze do New Haven i na dwa dni do NYC. No i zrobi się 8/06, a potem zrobi się 29/06 i nasza(moja) przygoda się kończy…

Kolejne newsy

środa, 28 maj 2008

1. W czwartek jeden z uczestników Mission: Washington wylatuje do ojczyzny. Drugi uczestnik zostaje jeszcze miesiąc.

2. Już niedługo ujawnimy prawdę o naszych ziomach z aparatamentu. Uprzedzimy. Tylko dla osób z wyjątkowymi nerwami. 

3. Byliśmy na “Księciu Kaspianie”, Władca Pierścieni to oczywiście nie jest…, ale z pewnością lepsze niż część pierwsza.

4. Amerykańskie lato w kinach zapowiada się tak beznadziejnie… Naczelnym hitem będzie film nieznanego gatunku o jakże inspirującym tytule “Chichuachua z Beverly Hills”, jesteśmy pewni że tuziemcy będą mieli świetne oglądanie; do tego jeszcze dwa hity z udziałem naszego ulubionego aktora Brendana Duże Oczy Frasera aka Pogromca Mumii, w tym triquel mumii (tym razem w roli głównej mumie chińskie) oraz wyprawa do wnętrza ziemi. Całość uzupełnia nowy film Shyamalana, zapewne nielepszy od kobiety w błękitnej wodzie. Tak więc jakoś rewelacyjnie to nie wygląda…

5. Z cyklu “wesoły facio”, nasz kolega Yves który właśnie wrócił z 2 tygodniowej wycieczki do  Japonii, że już nie może pracować w bibliotece Georgetown Law, że potrzebuje nowego otoczenia i nowych impulsów do dalszej pracy. Jeżeli ktoś nie ma jeszcze pomysłu na to co robić w życiu, to niech zostanie Szwajcarem.

California vol. 5 - Las Vegas

piątek, 23 maj 2008

W zasadzie to tytuł jest niewłaściwym, bo Las Vegas jest już w Nevadzie. Już sama koncepcja stworzenia miasta pełnego kasyn na środku pustyni, gdzieś między górami, jest ciekawa. Generalnie jedzie się i jedzie i nagle wjeżdza się Las Vegas, czego wyraźną oznaką są korki. Najpierw pojechaliśmy do naszej miejscówki - hotelu Bally’s (tuż przy południowej części the strip), gdzie spotkała nas niespodzianka :) Zamiast normalnego pokoju (czyli jak to określają amerykanie: super deluxe) w tej samej cenie $90 dostaliśmy klasycznego suite’a z jacuzzi :):)

Samochód oddaliśmy na West Sahara Ave… z mapy wynikało że to od hotelu jakieś 1,5 mili, ale w rzeczywistości był to niezły kawał drogi. Na szczęście pan z Avisa jechał na lotnisko więc nas podwiózł pod hotel po drodze udzielając rekomendacji gdzie w Vegas idzie się na najlepsze drinki. Szybka meksykańska szama (nieporównywalnie gorsza niż w San Diego) no i chill-out w jacuzzi. Około 22 ruszyliśmy do “jaskini hazardu”, obchodząc wszystkie najważniejsze hotlele i kasyna (odpuściliśmy chyba tylko Bellagio, które za to zostało uwiecznione na fotach - te z fontannami), poszliśmy też do rekomendowanego baru (nie muszę dodawać że było do związane z niezłym spacerem). Bar Pepper Mill jest miejscem do którego przeciętny turysta nie ma absolutnie żadnego prawa trafić, a drinki faktycznie rewelacyjne :) Wracając z Pepper Mill zahaczyliśmy jeszcze o kilka kasyn, tracąc przy tym całe $5.

Niezwykle ciekawym zjawiskiem jest profil bywalców Vegas. Główną grupę stanowią emeryci, którzy maniakalnie palą papierosy grając na jednorękich bandydatach i przegrywając swoje emerytury; drugą grupą są słynni “ludzie z Midwestu” - to naprawdę niesamowite, ale patrząc na lotnisku na same osoby i ich stroje można próbować zgadywać którzy są np. z Bostonu, a którzy gdzieś ze środkowego zachodu. Tych drugich widzieliśmy w Vegas chyba więcej. W ogóle co do dress code, to znajdzie może trochę cwaniaków w garniakach i kobitek w strojach wieczorowych, ale to raczej osoby które przyjechały do Vegas do dobrej restauracji i na show. Kolejna grupa to turyści, tradycyjnie całe tłumy turystów z Japonii i Chin. Raczej mniej młodych ludzi…, zdarzają się małżeństwa z dziećmi (w końcu jak ma umieć grać w pokera, to powinien się uczyć od młodego, a co).

Wiele osób które było w Vegas i sporo takich co wiedzą ze słyszenia ;), mówi że Vegas jest kiczowate i tandetne. Może i jest… ale w sumie czego się spodziewać od hotelu który ma wyglądać jak Paryż, Nowy York, piramida czy zamek rycerzy króla Artura… Nam się w sumie Vegas nawet podobało - z pewnością można tam miło spędzić czas i wydać sporo dolarów.

Ostatni długi dzień California Trip spędziliśmy w Vegas - najpierw spacer, potem outlet, Cleveland - Boston, obiadek, bus na lotnisko, samolot o 11.50 pm, lądowanie o 7 rano w DC. Najbardziej niesamowity był jetlag, który nas dopadł następnego dnia. Obudziliśmy się, śniadanko, myśleliśmy że jest 9, pełen relax… Okazało się, że owszem była 9 ale czasu pacific, czyli u nas już 12…